Rozdział II
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział I
Pod pachą książka, w głowie kilka niedopracowanych scenariuszy. Nade mną sierpniowe słońce nagrzewa mury i ciała pochłoniętych własnymi sprawami przechodniów. Co jakiś czas przezornie spoglądam pod nogi na wybrzuszające się i zapadające chodnikowe płyty, podziwiając jak moje gołe, obute tylko w rozpadające się półtrampki stopy zgrabnie omijają piętrzące się uliczne przeszkody. Kłap, kłap, kłap, klapią gumowe podeszwy granatowych półtrampek, nieście mnie półtrampulki, prędko, jeszcze prędzej, niech co ma być się stanie, nic gorszego niż niepewność oczekiwania.
Scenariusze są fragmentaryczne, stawiam na improwizację. Jednak ze strachu o utratę jedynej szansy porozmawiania z nią, przygotowałem początek. Brzmi tak: (ja) Cześć. Mam na imię Tymek, (ona) witaj Tymek, uścisk ręki. Przyniosłem książkę, którą pożyczyłaś Y. A ona na to: A, Y, co u niego słychać? Wszystko w porządku, wyjechał na wakacje i poprosił mnie o przysługę...
A dalej już improwizacja. Ze wszystkiego najbardziej boję się tego, że gdy podam jej książkę ona podziękuje i zamknie drzwi. Tak, to by była kompletna klapa, taka okazja może się nie powtórzyć. Jednak, pomijając najczarniejszy z czarnych scenariuszy, sytuacja mogłaby rozwinąć się tak: (mówię do niej): Chodzimy razem do szkoły, wiesz? Tak? – Ona na to – nigdy cię nie widziałam! Albo: Faktycznie masz rację, widziałam cię kilka razy na przerwie. Na przerwie? Udam głupiego, choć całkiem bezzasadnie, bo to właśnie z przerw ją znam, w zasadzie tylko i wyłącznie z przerw. No właśnie, doszliśmy do sedna, co ja o niej wiem? Nic. Nic, poza wiedzą zdobytą dzięki przyglądaniu się jej na przerwach. Zamiast słuchać jej słów, mówić do niej, (jak to robią zakochani) moja wiedza na jej temat ogranicza się do kradzionego ukradkiem zapachu jej ciała (pachnie ładnie, ale nie wiem czym), chwytaniu subtelnych uśmiechów (nie słyszałem, żeby zwijała się ze śmiechu), wyłapywaniu grymasów niezadowolenia (rzadkość), wsłuchiwaniu się w timbre jej głosu (niski, ale nieaksamitny). Wiem tylko tyle, że na wiosnę zdawała maturę. Próbowała na studia? Poszła do pomaturalnej? Mnie w przyszłym roku czeka matura (nieprzyjemny dreszcz), o właśnie! Matura, to jest temat! Spytam o maturę. Hm, a jak jest tępa i nie zdała? Niebezpieczny temat. Potraktujmy go jako awaryjny.
Zawsze, gdybym się zaciął, mogę podtrzymać rozmowę, podając swoje nazwisko. Tak, wiem, że to idiotyczne, ale lepsze to niż nic. Już to sobie wyobrażam: ona próbuje zamknąć mi przed nosem drzwi, a ja jej na to: Szymański, nazywam się Tymoteusz Szymański, czy mogę wejść? Ja tylko na chwilę, zostać na dłużej? Mogę zostać i dłużej, w sumie, czemu nie. Mogę nawet z grubsza przedstawić swoje poglądy, dobrze?
Śmiech na sali. Co ja jej powiem, że uważam się przede wszystkim za Ziemianina, a te wszystkie organizacje polityczne, podziały na państwa, bloki wojskowe, to najprymitywniejszy przejaw walki o dominację, od tysiącleci znany w organizacjach stadnych zwierząt, tak naturalnie zaadoptowany do własnych celów przez nasz gatunek? Nie usiądę przecież na krześle w jej pokoju i nie zacznę swojego wykładu filozoficznego na temat braku przesłanek dla uznania wyższości człowieka nad innymi gatunkami zwierząt. Co innego, zaciąć politycznie: słyszałem o niebezpiecznych ruchach w biurze politycznym komitetu centralnego, przetasowania na najwyższych stanowiskach w państwie mogłyby świadczyć o konsolidacji władzy w opozycji do robotników, co o tym sądzisz? Sęk w tym, że sądzę niewiele, wręcz przeciwnie, mogę jej powiedzieć, że trzymam się z dala od tego wszystkiego, po prostu mi to zwisa, nudzi, jest bez sensu i nie wiadomo po co. Ja się czuję Ziemianinem przede wszystkim (każdy ma swoje panaceum), a dopiero w drugiej, ba, ostatniej kolejności uważam się za obywatela tego kraju, no, może bardziej tego miasta. No właśnie, powiedz mi proszę (powiedziałbym do niej), dlaczego ja, bądź co bądź obywatel Ziemi nie mogę wyjechać z mojego kraju i żyć, gdzie mi się podoba? Mówisz, że te wszystkie strajki właśnie po to? Żeby można było mieć paszport w kieszeni i wyjeżdżać za granicę, kiedy dusza zapragnie? Żeby były demokratyczne wybory, wolne związki zawodowe i wolne partie polityczne? Hm. (Udaję, że się zastanawiam). Nie uważam tak, jeśli pozwolisz, ja myślę, że ich cele są dużo bardziej przyziemne. Oni po prostu chcą, żeby w sklepie było pod dostatkiem kiełbasy i w dodatku po niższej cenie! Zaczęli się burzyć, robić te swoje strajki, jak to mówią w telewizji – przerwy w pracy – ale jedyny prawdziwy powód to podwyżka cen kiełbasy.
To dopiero bym jej zaimponował: wypowiedzieć takie zdanie, to podpisać na siebie towarzyski wyrok śmierci. Nie można gorzej. Lepiej improwizować. (wzdycham), a trampki na nogach dalej swoje : Kłap, kłap, kłap. Ręce mi się pocą, koszulka przykleja do pleców. Sierpień to ostatni miesiąc wakacji, myślę, a mnie nie wiadomo czemu pokusiło na tę moralnie niebezpieczną eskapadę – złożenie wizyty nieznanej pannie, w której się ukradkiem podkochuję. W dodatku ze starszej klasy, w dodatku ładnej (ba, pięknej), a więc będącej z pewnością (choć skąd mam to wiedzieć) przedmiotem zażartej konkurencji samców z jej klasy i podwórka. Po co taki ja się w ogóle tam pcham. (Na myśl, że zaraz ją zobaczę, gwałtownie się czerwienię, a mój oddech się urywa).
Kłap, kłap, kłap. Czas wracać do domu, ta myśl nachodzi mnie coraz częściej w miarę, jak wszelkie zbyt trudne, ba (trudno bez przerwy powtarzać, ba), wręcz nienaturalne koncepcje wstępu padają jak muchy, samoniwecząc się swoją nijakością. Niedouczony inteligencik, sztywniak na zwaciałych nogach! Zanim zawrócę, podejmę ostatnią, desperacką próbę: Y prosił mnie, żebym oddał ci tę książkę, Mogę wejść? O, ile masz kaset, nawet płyty masz. Trójka Zeppelinów na płycie, genialnie, mogę przegrać? Moje nagranie na kasecie jest całkiem zdarte. Mam tu nawet kasetę (gucio, nie mam żadnej kasety). Lubisz Zeppelinów, o i Floydów masz. A wiesz, jak umarł perkusista Zepellinów? Niedługo po tym, jak nagrali tę płytę, ponoć wydaną w papierze pakowym. Nie do wiary, masz ją! No, widziałem gorszy papier pakowy, we łbach im się przewraca na tym Zachodzie, nawet papier pakowy mają szlachetny. Mogę zobaczyć? Umarł, bo schlał się na umór na jakiejś imprezie i zadławił się własnymi wymiocinami. W samochodzie. To twoja gitara? Mogę zagrać? Coś ci zagram ładnego. Gram Schody do Nieba. Jest zauroczona. Nieźle grasz, Tymek, zagrasz coś jeszcze?
Kłap, kłap, kłap. Same hipotezy. Same domysły. Skąd mam wiedzieć, co będzie w jej pokoju, skąd mam wiedzieć, że w ogóle słucha muzyki i ma w domu płyty? A jak okaże się, że jest głucha jak pień, a z muzyki zna tylko hymn narodowy? Mieszka w niezłej dzielnicy nad rzeką, w starym domu, jak się domyślam, więc jest szansa, że jest lepiej sytuowana niż przeciętna w kraju. Ale skąd niby miałbym to wiedzieć. Zupełny nonsens, nic o niej nie wiem. Teraz może czegoś się dowiem, nadeszła długo oczekiwania chwila – po miesiącach życia niespełnioną nadzieją – że w końcu do niej przemówię, w końcu zrobię ten pierwszy krok, że będę na tyle odważny i że głos mi nie utknie w gardle, bo przecież potem wóz albo przewóz, jak się nie uda, to całkowicie to zignoruje, nie będę dla niej istnieć, tak jak nie istnieję teraz, a ja w końcu stracę wszelkie iluzje, będę wolny, pójdę się spić albo zrobić coś innego, równie pożytecznego.
Nie byłem żadnym żigolakiem ani zawodowym podrywaczem, dlatego im bardziej zbliżałem się do celu mej wędrówki, tym ruchy stawały się coraz bardziej kanciaste, takie same, jakie kiedyś będą miały androidy, jeśli ktoś je wyprodukuje (zgłoszę się na ochotnika jako tester właściwych kroków). Spływający mi z szyi i włosów pot (dotąd wspominałem tylko o pocie na rękach) zwalałem na karb upału, który panował tego dnia w mieście, w końcu było lato, świeciło wielkie, sierpniowe słońce, były wakacje. Nic nadzwyczajnego. Tak, nie było by w tym nic nadzwyczajnego, tyle, że to lato nie było takie jak poprzednie. Ta cała polityczna wrzawa, strajki, przepychanki między anty i pro, ludzie przestający pracować, pełno transparentów, pełno Pana Boga, Marksa, Engelsa i Lenina, ludzie nienawidzą czerwonych, czerwoni brzydzą się ludźmi. Ja się jednak w to nie angażuję, nie ma nic ciekawego w takiej zadymie, chyba że za ciekawe uznać stale rosnącą długość kolejek przed sklepami, ludzie każdego dnia biją rekordy Guinessa.
Początkowo kolejki sięgały od jednego sklepu do drugiego, później od sklepu do ulicy, ale rekordziści potrafili dwukrotnie zawinąć się wokół najdłuższego budynku w naszym mieście, tego naprzeciwko dworca, to jest 500 x 20 m. Szczerze? Myślę, że komuna nigdy nie upadnie. Wręcz przeciwnie będzie rosła w siłę. Nawet jak obalimy naszych komunistów, to tam, za wschodnią granicą jest ich kilkadziesiąt razy więcej, zdepczą nas, gorzej, wypuszczą tysiące szpiegów, którzy jak robale mięso, powolutku, po cichutku jednych wykończą, innych zwerbują na swoją stronę. Czytaj Orwella (ale po cichu, bo jest na czarnej liście). Papież też nie pomoże.
A z drugiej strony, co tu się oszukiwać, w sumie fajna taka zadyma. To jak wielki dzień wagarowicza. Żadnych prawdziwych obowiązków, bo zawsze można zwalić na walkę z komuną. Powiesz, że dziś nie pracujesz, bo żądasz wolnych związków zawodowych, albo uważasz, że pierwszy sekretarz partii kłamie, albo cokolwiek innego, a wszyscy murem staną za tobą. Zgarnij parę staroświeckich symboli i walcz o swoje prawa. Dzięki temu powoli zbliżamy się ustrojowo do demokracji typu zachodniego. Wolność. To mi się podoba, ruszamy z posad bryłę świata, jesteśmy młodzi i silni, znacznie silniejsi od skostniałych politruków. Po trzydziestu paru latach ciężkiej indoktrynacji, nie spodziewali się, że naród stać na coś takiego. Cieszmy się więc wolnością, póki tajniacy Wielkiego Brata nie zmienią nas z powrotem w szarą masę bezmyślnych zjadaczy wystanego w kolejce chleba (kiełbasy już nie będzie). Cieszmy się.
No, wreszcie jest jej dom. Co to ja w końcu miałem powiedzieć? Zamyśliłem się nie w tę stronę, co trzeba. Improwizacja. Jakoś to będzie. Mercedes, ma na imię Mercedes. Kto jej nadał takie głupie imię, myślę sobie, a te myśli coraz bardziej się urywają, a może wręcz rozciągają. Co to ja powiedziałem, aha, ale trudno o skupienie, bo serce łomoce jak silnik traktora, a z rąk pot sączy się strumieniami, myślę jednak, że to normalne, jak się ma dziewiętnaście lat i idzie się na podryw starszej koleżanki. Sapię, grunt usuwa mi się pod nogami. Zawsze można zawrócić, jest jeszcze czas, po co zatruwać sobie życie stresującymi sytuacjami, nie chcę już jej, nie interesuje mnie i nigdy nie interesowała, dajmy temu pokój, po co ta cała szopka.
Są: szklane eleganckie drzwi, nie mam odwagi się wycofać, zamykam oczy i popycham, klamka zapadła, chłodna klatka schodowa, ściany i schody wyłożone przedwojennym zielonkawym marmurem, jest chłodno, ale mi gorąco, ona mieszka na drugim piętrze, biegnę po schodach, już dawno straciłem oddech, w ręku trzymam kurczowo mokrą od potu książkę. Już jest to piętro, są jej drzwi, a ja sobie sapię niemiłosiernie, bzzzzzzz, stary dzwonek, nie taki jak u nas w domu, po tamtej stronie rzeki, gdzie obok walących się ruder stoją betonowe bloki, gdzie historia ściągnęła pół prowincji. Tam to jest ludowo, pachnie kapustą i ziemniakami, chyba nigdy nie przestają tam gotować obiadu, u nas dzwonek dynda, czy bimba, robi bim-bom, albo dyn-dyn, jest nowoczesny. A ten jest stary, szlachetny, przedwojenny, ludzie przedwojenni zawsze wydawali mi się bardziej szlachetni, eleganccy, z dobrymi manierami, nie pachniało u nich bigosem, tylko perfumami.
Nikt nie otwiera. Co za ulga, byłem u niej, jej nie ma, nie muszę tu wracać, Y sam przyjdzie jej oddać tę cholerną książkę, albo nie, wrócę kiedyś, ale już nie teraz, teraz mogę się zrelaksować, wydłużyć oddech, spokojnie odejść w dowolnym kierunku i pomyśleć, jak pięknie byłoby się z nią spotkać, ale niestety jej nie ma.
Bzzzzzz. No, czas na mnie - odwracam się już całkiem luźny - zrobiłem, co mogłem, nie moja wina, że nikogo nie ma, robię krok i słyszę chrobotanie zamka w wielkich przedwojennych drzwiach. Teraz nogi mam jak z waty.
- Słucham - ten głos skierowany do moich pleców, obrót trwa całą wieczność, schody w dół, poręcz, schody w górę, marmur na ścianie, framuga. Jest: łysy na czubku głowy, po bokach siwizna, poniżej okrągła miękka twarz w okularach w szarej oprawie z grubego plastiku, usta pospolite, a może bardzo szlachetne, przecież to wszystko jest bardzo względne, koszula w paski pionowe i poluzowany krawat w paski skośne, rozmamłane spojrzenie jakby z innego świata.
- Czy zastałem Mercedes? – Paralitycznie wyciągam przed siebie książkę od Y. – Mam dla niej książkę, kolega ... – Łysy człowiek wgapia się we mnie nieprzytomnie, chyba mnie w ogóle nie widzi, widzi to, co widział, zanim nacisnąłem dzwonek, pewnie jakiś artykuł w gazecie, a może jadł właśnie nóżki w galarecie zakupione bez kolejki w bufecie zakładowym i się zamyślił na całego, nie, gdyby jadł coś, miałby wilgotne usta, kończyłby przeżuwać albo powietrze wydmuchane przy wypowiadaniu sylab zdradziłoby rodzaj menu.
- Mieci nie ma, wyjechała. Nad morze.
Aha. Coś mi tu jednak nie gra. Jakiej Mieci, do jasnej, dokąd ten Y mnie posłał. Chyba źle trafiłem.
- Chodzi mi o Mercedes nie o...
- Tak, tak Mercedes, daj pan książkę, przekażę – chwycił roztargnionym ruchem zmęczonej ręki udręczonego rodziciela (?). Przez chwilę staliśmy tak naprzeciw siebie ja na zielonym marmurze klatki schodowej, on na wytartym parkiecie przedpokoju, staliśmy on w innym świecie, jak też jakby mnie nagle siłą wyrzucono w przestrzeń kosmiczną. - Jeszcze coś?
Po drugiej stronie wysokich przedwojennych drzwi panował półmrok, z wnętrza dochodził delikatny zapach politury, takiej jaką kładzie się na stare meble, inne niż u mnie w domu, gdzie moda na meblościanki przeżywa nieprzerwany rozkwit.
- A kiedy wróci, kiedy mógłbym ją zastać?
- Sam nie wiem, mam tylko nadzieję, że się tam rzeczywiście opala, a nie struga bohaterkę. - Stałem bez ruchu. - Sam bym chciał wiedzieć, to nie są czasy na wyjazdy nad morze. Do widzenia.
Masywne drzwi zatrzasnęły mi się przed nosem, zachrobotał zamek, kroki znikły gdzieś we wnętrzu mieszkania. Stałem tak jeszcze przez chwilę, a potem zsunąłem się po wypolerowanej poręczy schodów z hukiem uderzyłem całą dłonią w oszklone drzwi domu i znowu stanąłem na słońcu, pod klatką zaciskając odruchowo palce na książce, której już nie miałem, moim pretekście, paszporcie do domu Mercedes, który teraz utraciłem może na zawsze już. Bo czy nadarzy się taka druga okazja? To już koniec, kompletna pustka (najczarniejszy z czarnych okazał się ledwie szarym scenariuszem, zważywszy, że to nawet nie ona zatrzasnęła mi drzwi przed nosem). Życie bez celu. Nie będzie beznadziejnych przerw między lekcjami, kiedy to siadałem sobie w najciemniejszym kąciku korytarza, na który wychodziły drzwi sali Mercedes i czekałem z jakimś zeszytem albo książką na kolanach, udając, że ściągam pracę domową albo uczę się do następnej lekcji. Kiedy w końcu pojawiała się, stawała przy parapecie albo w kółku z osobami z jej klasy na środku korytarza, albo też siadała na podłodze przy sali, w ciemnych dżinsach i luźnym hipisowskim swetrze, innym razem w krótkiej spódniczce, z której wychodziły wcale nienajchudsze, lecz jakże zgrabne kończyny, z odrobinkę krzywymi łydkami (ale przecież takie delikatne niedoskonałości dodają tylko uroku). Tak, nie były anorektycznie chude ani w białych rajstopach – takich nie cierpiałem, kojarzyły się z wrzaskliwością i brakiem wdzięku. Wkładała zwykle ciemne rajstopy, zdradzające stonowany charakter panny o delikatnie ciemnej karnacji. Należy przy tym zauważyć, że mimo ciemnej, południowej karnacji, włosów wcale nie miała czarnych – raczej bliższe szatynowym, z kilkoma jaśniejszymi pasemkami, prawdopodobnie naturalnymi, chociaż z panienkami nigdy nie wiadomo: legendy krążą o tym, ile czasu potrafią spędzić u fryzjerów czy kosmetyczek, wtedy, kiedy my, jowialne żule, obalamy kolejne flaszki piwa, ciesząc się życiem, czerpiąc szczęście z pornograficznych fantazji, wyjąc rockowe kawałki, wykrzykując narodowe slogany albo solidaryzując się w pijackim uniesieniu z pogromcami komuchów.
Wszystkiego tego już nie będzie – od tej chwili zaczynam nowy rozdział w życiu, jestem wolny, zrzucam świerzbiący kokon urojonej miłości, jestem swobodny jak nigdy, mogę robić, co chcę, mogę nawet latać: oto sobie idę chodnikiem w stronę naszej rzeki-matki, zamykam oczy i wystawiam twarz ku słońcu. Może zaraz przejedzie mnie samochód albo wlecę na ścianę jakiegoś domu, albo wywalę jakąś babcię wlokącą siaty z wystanymi w kilometrowej kolejce zakupami. Nic mnie to nie obchodzi, idę, jestem lekki jak piórko, mogę nawet podskoczyć, hop, lecę w górę wysoko, do słońca, rozpościeram szeroko ręce, teraz to nie ręce, to skrzydła, otwieram oczy, ale przede mną nie ma już słońca. Przede mną płyta chodnikowa. Nic ciekawego, zamykam znowu oczy, łup, tak kończą wszyscy, którym szajba odbija.
Chodnik robi się czerwony od krwi, ludzie się zbierają, zgiełk, komentarze. Niektórzy wysuwają przypuszczenie, że jestem narkomanem, postulują wyszukanie nakłuć na rękach. Ktoś inny krzyczy, że wariat, który próbował latać. Muszę się podnieść, ból jeszcze nie nadszedł – mam nadzieję, że mam całą gębę, nie straciłem zębów - to dopiero byłby problem, wstawiać sobie sztuczne zęby. Na wszelki wypadek, z dyskrecją małpy sprawdzam ręką, czy szczękę mam całą. Zęby wszystkie na miejscu, lecz ręka teraz cała krwią umazana wznieca pomruk odrazy wśród gapiów. Nikt nie śmie podejść bliżej.
- Nic się panu nie stało? – pyta wreszcie ktoś, a ja bezwiednie uśmiecham się przepraszająco – i znowu słyszę odgłosy zgorszenia.
- Wszystko w porządku. To nic takiego. Krew zaraz przestanie lecieć – obracam twarz tak uśmiechniętą w koło, żeby wszyscy zobaczyli, jak jestem zdrowy (a ci na to się krzywią). Jednocześnie kątem oka dostrzegam, że jedna z kobiet, trzymająca pokaźny wianek szarego papieru toaletowego, nagle – ku zdziwieniu gapiów i mojemu – zdecydowanym ruchem zrywa z jednej rolki papier – etykietę, po dwakroć nakręca papier na dłoń, po czym mi go wręcza.
Jestem w szoku pourazowym i trudno mi uwierzyć w taką hojność. Tłum mruczy z uznaniem i zaczyna się rozchodzić, kiedy ja wciąż osłupiały sterczę naprzeciw kobiety, bo dawno z taką rozrzutnością się nie spotkałem. Toaletowy papier – toć to towar skrajnie deficytowy (od miesięcy w domu nam go brakło) - łatwiej już kupić wołowe z kością! Mimo uprzejmych protestów z mojej strony, kobieta odwinęła jeszcze kawałek papieru, machnęła ręką na pożegnanie i odeszła w swoją stronę.
Sam na środku chodnika, ocieram papierem toaletowym wargę, która nie przestaje krwawić, w dodatku puchnie, nieprzyjemnie uwypuklając moją szkaradność w tej chwili. Wreszcie decyduję się na pierwszy krok do przodu (należy mi się wielkie piwo!), czas się ruszyć. Niebezpiecznie tak stać na ulicy okrwawiony, budząc zainteresowanie przechodniów, nie daj Boże patrolu milicji. Ci z pewnością by mnie zgarnęli na komisariat, a przyjemności tego rodzaju są mi całkowicie zbędne – przecież mam się teraz cieszyć z odzyskanej wolności, a nie ryzykować areszt pod zarzutem aspołecznego zachowania.
Z papierem toaletowym na ustach (na pieśń ochoty nie miałem) ruszam w stronę brzegu rzeki. Tu właśnie przyjemnie i nawet jak na te czasy kulturalnie – piwo można wypić – pod warunkiem, że je dowiozą. Tutaj też wdychając świeże nadrzeczne powietrze będę mógł opić dzisiejszy dzień, dzień, na który podświadomie tyle miesięcy czekałem – dziś bowiem przyszło mi ostatecznie porzucić wszelkie nadzieje na bliższe poznanie tej, w którą jak w obraz tyle miesięcy się wpatrywałem. (Choć torując sobie drogę przez wysoką trawę nadrzecznego bulwaru, nie mogłem przecież wiedzieć, że cezura, jaką sam sobie właśnie wyznaczałem, otwierać miała epokę nieporównywalnie burzliwszą niż poprzednia. Lecz w tej chwili nie miałem jeszcze o tym pojęcia – teraz myślałem tylko o piwie i o tym, że wszystko sobie poukładam, siedząc z chłodną butelczyną w ręku w cieniu jakiegoś drzewa liściastego).
Idę dalej, warga pali, w ustach sucho, język przypomina już podgrzane podeszwy moich półtrampek, ale oto już horyzont, a na horyzoncie majaczy drewniana buda barem zwana, gdzie – o ile tylko szczęście dopisze – ugaszę pragnienie ciała i duszy. Mimo znużenia całodziennym stresem, sierpniowym słońcem, rozpalonym chodnikiem i palącą wargą, serce zaczyna mi teraz z radości bić mocniej, jakby z tej euforii z piersi wyskoczyć chciało i samo do zielonej piwodajni dobiec.
Lecz wnet euforia szybko się ulatnia, jej miejsce zajmuje przerażenie. Wystarczy głowę za róg zielonej budy wystawić: wielka, zakręcająca kolejka najzdrowszego psychicznie wpędziłaby w depresję. Nie mówiąc już o spragnionych, jak ja. Niezdecydowany przystaję. Mam do wyboru stanąć w kolejce bez gwarancji, że gdy dotrę jej kresu, źródełko się nie wyczerpie. Mogę też spróbować kombinować, choć zważywszy na liczbę spragnionych, zadanie to tyleż niepewne, co niebezpieczne. Przyglądam się temu olbrzymiemu ludzkiemu wężowi, grubiejącemu u głowy, cienkiemu na końcu ogona. Wytworowi ekonomii realizmu socjalistycznego, samoistnemu zjawisku społecznemu, a jeśli przyjrzeć się dobrze – miniaturze socjalistycznego społeczeństwa: ci z końca to spragniony, agresywny proletariat, nienawistny wobec „rządzących” sprzed samego okienka. I ten postępujący awans społeczny w miarę zbliżania się do żłobu. Ludzie ci sami niby, a tacy inni: z agresywnych lumpów zmieniający się w racjonalnych konsumentów. Z pogardą i pobłażaniem na koniec kolejki zerkający. Trochę jak robotnicy nad morzem, co władzę chcą teraz obalić. A gdyby do władzy doszli...
Nie czas jednak na filozoficzne rozmyślania. Najsłuszniejsza nawet teoria socjologiczna nie przełoży się w praktyce na zakup piwa w zielonej budzie. Muszę coś zdecydować, albo w ogóle zrezygnować z picia. Spróbuję obejść procedurę: w końcu po to chodzę do liceum ogólnokształcącego, a nie jakiejś budowlanki, żeby pracować głową, jakąś taktykę przyjąć. Nie bez trudu zachęcam do działania szare komórki, eliminuję pierwszą hipotezę wzbudzenia litości wśród kolejkowiczów opuchniętą wargą, bo tu co drugi ma coś obite, jeden gębę, drugi oko, trzeci jeszcze wymachuje obandażowanym nadgarstkiem. Pozostaje niepostrzeżenie wepchnąć się, korzystając z chwilowego zamieszania – choć to bardzo niebezpieczne, bo ryzykuję więcej kontuzji niż tylko opuchnięta warga. Inna możliwość to znaleźć jakąś sympatyczną twarz spośród „rządzących” i niepostrzeżenie wcisnąć banknoty w rękę, szepnąć do ucha liczbę flaszek.
Przyglądam się początkowi kolejki, ale tu nikt nie chce odwrócić twarzy, wszyscy w skupieniu wpatrzeni w okienko, w głowach zapewne starają się zgadnąć, ile piwa przyszło z dostawą, ile dotychczas sprzedano. Stoję dalej i wytężam wzrok, a nie wygląda to dobrze : nie dość, że nikogo nie rozpoznaję – na to ciężko liczyć w czasie wakacji – ale wręcz nie mogę dostrzec twarzy postaci kłębiących się na początku kolejki. Pragnienie jednak silniejsze od zdrowego rozsądku, zamykam oczy rozsądkowi i idę przed siebie wprost na czoło kolejki. Jeszcze ci z tyłu mnie nie widzą, nie wiedzą, co knuję. Żadnego protestu, żadnej kąśliwej uwagi, kiedy podchodzę do czoła kolejki i grzecznie przepraszam. Odwraca się ich dwóch. Jakbym kamyczek trącił, co wielką lawinę wywołuje. Wygląda to tak:
Pierwszy (szeptem) : Już więcej nikomu nie kupuję!
Drugi (głośniej): Nie ma mowy: mam już ze czterdzieści do kupienia!
O, i jeszcze jeden się odwraca. Jego „Na koniec kolejki” znaczy tyle, co „rien ne va plus”. Mogę zapomnieć o piwie.
Kolejkowy potwór bulgoce, dziesiątki złowrogich ślepi wzrok wpija. Zostaję namierzony, bez procesu wyklęty. Rezygnuję. Załamany międlę w suchych jak pustynny piasek ustach przekleństwa, nic nie mogę zrobić. Odwracam się w stronę bulwaru – może w następnej budzie pójdzie mi lepiej? Tam mnie jeszcze nie znają, kolejka może mniejsza, dostawa później przyszła? Przecież muszą rozwozić piwo po kolei do każdej z budek. Tak sobie filozofuję logicznie, kiedy nagle swoje imię słyszę. I to wcale nie agresywnie, raczej przyjaźnie, ktoś mnie woła. Czy to możliwe, po tylu niepowodzeniach dnia? Na próżno rozglądam się, kiedy znów słyszę:
- Tymek, tutaj, tutaj, pod drzewem! – z cienia mała postać się wyłania, leniwie krocząc w moją stronę. W jednej ręce butelka, drugą wyciąga na przywitanie. Kurdupel z krótko ostrzyżoną, płową czupryną, śmieje się do mnie szeroko, dobroduszny jak rolnik, nieprzyzwoicie szczery swoim szczęściem ze spotkania, samotne rozmyślania pod rozłożystym drzewem kończącego.
- Żorż – wołam nie mniej od niego wzruszony.
Sadza mnie pod drzewem, zimną flaszkę z wojskowego plecaka wyciąga, zębami kapsel odrywa. – Pij, bo mi źle wyglądasz ! Kto ci tak w paszczę przyłożył?
Marzenie zdrożonego wędrowca, zanim kurz z ubrania strzepie. Chłodne piwo w upalny dzień. Przechylam flaszkę najwyżej, jak mogę, w oczy słońce mi świeci. Przymykam oczy, słońce prześwituje przez brązowe szkło butelki, wlewam w siebie złocisty, chłodny płyn, wlewam długo i zachłannie i już przechodzi ból wargi, i już mija pragnienie, robię się lekki, wesoły, czas oderwać twarz od wodopoju, jeszcze jeden łyk, żołądek pęcznieje, koniec.
- Uratowałeś mnie Żorż – szepcę zdyszany.
- Nie ma sprawy, siadaj Tym, bo się przewrócisz. Gadaj, co u ciebie!
I opowiadam mu moją historię z Mercedes, całą od początku, wywalam to, co tak długo w sobie dusiłem. Żorż słucha, wiercąc się niespokojnie, i tak go podziwiam – trzeba mieć dużo cierpliwości, by takie smętne ględzenie zdzierżyć. A może on tylko udaje, że słucha, a tak naprawdę myślami błądzi już zupełnie gdzie indziej?
- Słuchaj stary – przerywa mi w końcu – machnij na to ręką, jak nie ta to inna. Przyznasz zresztą, że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Słowem się do niej w życiu nie odezwałeś, więc o czym tu gadać? Rzuć to w diabły, łyknij piwka – stuka butelką o moją butelkę, a w górę strzela strużka pianki – a ja mam dla ciebie propozycję znacznie ciekawszą! Zajmiesz się czymś pożytecznym, może zarobisz guza, ale za to zapomnisz o tych swoich miłosnych majakach. – Patrzy na mnie z uśmiechem, jego wzrok lekko podchmielony. Ja też już jestem podchmielony, z radością przyjmę każdą propozycję.
Żorż, ten groteskowy, bezczelny prostak o wzroście pigmeja i twarzy skacowanego robola. Dla niego wszystko wydawało się proste. Kiedy inni grzęźli w błocku niezdecydowania, on wymachiwał gotową receptą. Zawsze pełen pomysłów mniej lub bardziej inteligentnych, typ błazna, z którego cała szkoła się naśmiewa, choć on sobie z tego nic nie robił – zapewne dumny z tego, że rozpoznawany jest przez wszystkich. Po cichu zresztą podziwiano go, za odwagę, z jaką stawiał czoła nauczycielom, nawet tym, których znano jako mało przyjaznych uczniom. Nie tylko potrafił im się postawić, ale – co znacznie trudniejsze – potrafił doprowadzać ich do stanu takiej bezsilności, że zamiast mścić się przy pierwszej lepszej okazji, jak to mieli w zwyczaju, nierzadko wręcz dawali za wygraną, przestawali oponować, wręcz unikali nadmiernych sprzeczek w obawie przed zaskoczeniem niewygodną uwagą. I choć Żorż wygląd miał chamowaty, chamem tak naprawdę nie był, wręcz można by powiedzieć, że jego maniery niejednokrotnie przewyższały te prezentowane przez uczniów o bardziej nobliwej powierzchowności.
- Pojedziemy nad morze, ja i ty. Ty weźmiesz swój aparat fotograficzny – mam tylko nadzieję, że go nie przehandlowałeś – będziesz robił zdjęcia, ja zrobię opis, przetłumaczymy to na jakiś język i wyślemy na Zachód, za Żelazną Kurtynę. Do jakiegoś pisma. Załapiemy się do jakiegoś zachodniego pisma, rozumiesz? Twoje zdjęcia przejdą do historii - teraz cały świat o nas pisze - a my zrobimy złoty interes, może – rozumiesz – któregoś dnia uda nam się prysnąć z tego bagna, a tam robota będzie czekać? Albo nawet jeśli nie to, przynajmniej zarobimy jakieś dolary. Czysty interes!
Żorż otwiera mi drugą flaszkę piwa, jego pomysł dodaje mu skrzydeł. Wybałusza na mnie oczy, wgapia się w oczekiwaniu na euforię z mojej strony, lecz chyba widzi w mojej twarzy wyłącznie zakłopotanie. Nie chcę tam jechać. Nie chcę dostać guza, stracić swój drogocenny aparat, a przy odrobinie szczęścia wylądować w milicyjnym areszcie. Zresztą, co ja miałbym powiedzieć w domu? Starzy oszaleliby ze strachu! Przecież dziesięć lat wcześniej – wszyscy o tym wiedzą – komuniści zaczęli strzelać do strajkujących, trup słał się gęsto, a ja, może nie mam chwilowo celu w życiu, ale też nie jest mi spieszno do kostnicy.
- Żorż – mówię po chwili – na chorobę ty tam chcesz się pchać? Zachodnie gazety mają swoich dziennikarzy na miejscu, naprawdę sądzisz, że będą szukać pomocy wśród miejscowych licealistów?
- Jeśli oni nie będą szukać pomocy – sami im pomożemy. Będziemy jak cienie – dostaniemy się tam, gdzie zachodni dziennikarze nigdy nie wejdą. To niepowtarzalna szansa nie mamy prawa jej zmarnować! Widziałem twoje zdjęcia – nie powstydziłby się ich profesjonalny fotograf. Marnujesz się, stary. Czas wziąć sprawy w swoje ręce! A poza tym – zniża konfidencjonalnie głos – czy ta twoja Syrena nie pojechała przypadkiem nad morze? A jeśli wcale nie pojechała na plażę, tylko roznosi zupki robotnikom? Rusz się, człowieku! Trzeba być cały czas w ruchu, inaczej urośnie ci bebech, włożysz bambosze i będziesz siedział przed telewizorem, w końcu tak się rozleniwisz, że stara słoik ci będzie podstawiała do sikania.
Żorż chce, żebym się ruszył. Dopiero co usiadłem, a tu znowu mnie gonią. Czy koniecznie trzeba tak nagle, od razu, bez wytchnienia, bez chwili spokoju na refleksję? Z drugiej strony perspektywa sikania do słoika przed telewizorem... To oczywiście przykład skrajny, lecz jeśli rozejrzeć się wkoło, wizja wiecznej nudy niespełnienia wydaje się całkiem realna. Weźmy mojego miotającego ojca. Spójrzmy na smutne ulice miasta, szare twarze jego mieszkańców. Albo grubasa, naprzeciwko, który usiłuje usadowić się na ziemi. Najpierw oparty o drzewo plecami osuwa tłusty tułów, potem opiera jedną rękę, wreszcie drugą, w końcu powoli opuszcza tłusty tyłek, stękając przy tym i klnąc obrzydliwie. Masz rację Żorż : nie wiedziałem, co chcę w życiu robić – po nieudanej próbie poznania Mercedes, szukałem tylko wytchnienia. Jak widać trudno znaleźć je wtedy, kiedy się go pragnie najbardziej. Cały świat jest w ruchu, wszelkie przestoje są wbrew naturze. Tylko, czy tego rodzaju ważne decyzje, których skutkiem może być śmierć lub kalectwo należy podejmować w takim miejscu? Czy nie trzeba ich głębiej przemyśleć, rozważyć wszystkie za i przeciw, zorganizować wszelkie środki bezpieczeństwa? Lecz jakie znaczenie ma to gdzie i jak? W końcu geniusze doznawali oświecenia w ogrodach i toaletach, ludzie ginęli i giną zarówno w deszczu jak i w piękną, słoneczną pogodę, przy śpiewie ptaków, bzyczeniu polnych owadów... Do tego czasy się zmieniły, może władza ucywilizowała się przez te dziesięć lat: w telewizji prezentują się tak miło i sympatycznie, tacy kulturalni, dobrze wychowani panowie po czterdziestce, po pięćdziesiątce, łagodni jak baranki. Jak ktoś taki mógłby wydać rozkaz strzelania do niewinnych ludzi, którzy walczą o nic więcej niż o prawo do kiełbasy i koronę na orle?
Nic mu nie mówię, opróżniam flaszkę, patrzę na siedzących wokół pijaczków, takich samych jak my. A może szczęśliwszych od nas? Bo dla nich raj jest właśnie tu, nie muszą nigdzie gnać, ani uciekać, niczego udowadniać. Wieczornego kaca wyleczą flaszką wódki, od rana żyć będą w oczekiwaniu na nową dostawę piwa. Żorż mówi jednak, że tu zostają słabeusze, że nas stworzono do czegoś większego. Żorż podaje mi kolejną flaszkę, a ja wciąż nie mogę się zdecydować. A jeśli spotkam tam Mercedes? Zobaczy mnie w akcji, będzie podziwiać? Marzyciel ze mnie, ale kto wie, a nuż Żorż otwiera mi nowe perspektywy, a nuż czeka mnie ciekawe życie? Nie mogę się zdecydować.
| Następna > |
|---|

