Rozdział IX
Nadejdą lepsze czasy - Rozdział X
Wydarzenia tamtych jakże chmurnych dni nie zdążyły jeszcze całkiem przebrzmieć, gdy zupełnie niespodziewanie nadeszły znacznie gorsze. Porażające wieści dorwały mnie niemal w szampańskim nastroju, zaraz na progu domu (jak mawiał mój licealny przyjaciel Y: najgorsze zastaje cię co najmniej w półuśmiechu). A dzień ten tak miło się zapowiadał: oto dostałem od dziekana zgodę na kontynuację studiów na drugim roku i zaliczenie pierwszego eksternistycznie. Światełko na końcu długiego tunelu. Niezwykłe wyróżnienie - dziekan okazał się łaskawy, ja nie traciłem roku. Spokojne ciepło dojrzałego lata i poczucie, że idą łaskawsze czasy, nastrajały przychylnie do świata.
Przekroczyłem próg domu gotowy do radosnych uniesień, lecz entuzjazmu swego nie zdążyłem wysłowić. Od razu powiało grozą jakąś niezwykłą, cisza w uszy zakłuła. Zza drzwi kuchennych wystawili twarze blade, jakby od niewyspania: Żorż i mama. Mamie łzy ciekły po policzkach, usta drżały. Nie rozumiałem, ale natychmiast pomyślałem o ojcu: coś mu się stało, skoro tak po cichu zawodzą, prąd go kopnął i zmarł, wypadł przez okno, montując jakieś urządzenie, skatowała go milicja w ramach pacyfikacji kolejki po mięso...
Nic z tych rzeczy, musiałem przysiąść na kuchennym stołku, złapać głowę w ręce, żeby uwierzyć. Gdy mówili, uznałbym, że kpią, gdyby nie ich przerażająco poważne miny. Dowcipkują, a twarze wapnem wysmarowali?
Sprawa była jednak poważna. Dotyczyła Ziemiaka, który stracił życie. Dlaczego? Jak? Gdzie? Po co?
Z głową dłoniach przewijał mi się cały świat w chaosie, wreszcie wróciły jakieś strzępy wspomnień. Zacząłem je naprędce porządkować, kiedy oni wpatrywali się we mnie w milczeniu chcąc pewnie dać mi przetrawić to danie, co niejadalne było. (Przez chwilę jeszcze łudziłem się, że to sen jakiś koszmarny, sny znane są z takich wolt tematycznych od euforii radości do strachu i przerażenia, lecz ostatecznie przyjrzawszy się podłodze z pozycji siedzącej, uznałem, że jest realna).
Co takiego mogłoby się stać Ziemiakowi, że znalazł się na tamtym świecie? Nie prowadził samochodu, nie angażował się w politykę, jedyne co mogło mu się przytrafić, to upadek ze schodów po pijanemu, ale przecież taki kawał chłopa nie mógł od razu zejść, skoro ja, chuderlak, wylizałem się po solidnym pałowaniu?
A jednak to brednie. Koniec maskarady.
Maskarady? W jakim celu mieliby się bawić w tę niemądrą grę? To musi być prawda! Lecz co takiego mogło się stać mojemu przyjacielowi? Zaraz, gdy po raz ostatni go widziałem... No właśnie, to było wieki temu, ostatnio, gdy z Żorżem próbowaliśmy się z nim skontaktować, nic z tego nie wyszło: dzwoniliśmy z budki telefonicznej, wykręcaliśmy uparcie numer, a sieć z równym uporem łączyła nas z jakąś biedną staruszką. Ostatecznie wściekła z powodu powtarzających się pomyłek zaczęła się krztusić, jąkać, poskrzekiwać, dlatego w obawie przed najgorszym daliśmy za wygraną. (Zniecierpliwiony Żorż wyłożył mi wtedy swoją niestworzoną teorię, według której za dwadzieścia, może trzydzieści lat, w krajach wysoko rozwiniętych – czyli nie u nas – każdy będzie nosił przy sobie swój osobisty telefon. Mówił, że będzie można używać bez przeszkód w dowolnym miejscu kuli ziemskiej, a monety i zepsute automaty staną się bezużyteczne. Choć nie było to odpowiednia chwila - myśli nasze mają zwyczaj na oślep od złych nowin uciekać - uśmiechnąłem się na wspomnienie, o tym, jak wyobrażał sobie ten aparacik: wielkości dłoni, z podświetlanym cyferblatem, z łatwością miał mieścić się w kieszeni spodni. Bajki niestworzone Żorż wygadywał, a teraz stoi nade mną sztywny.)
- Są co najmniej dwie wersje – westchnął wreszcie – Pierwsza, oficjalna, choć ciężko tu o jakieś wiarygodne informacje... Wiadomo, jaki Ziemiak był depresyjny. Ostatnio kręcił się koło jakiejś panny z roku, kupował jej goździki, zapraszał do kina... Dała mu kosza. Według tej wersji popełnił samobójstwo. Rzucił się na pasach pod dwa pędzące radiowozy. Oczywiście mówią, że prowadzą śledztwo, choć trudno liczyć, żeby zmienili wersję. Druga wersja jest inna.
Żorż kręcił się po pokoju.
- Po pierwsze panna ta, niejaka Klara, twierdzi, że wcale nie dała mu kosza. Po drugie na ulicy przy konającym Ziemiaku znaleziono rozsypane kwiaty. Zgodnie z tą wersją, Ziemiak przechodził na zielonym świetle przez ulicę, ale był zamyślony, pewnie wpatrywał się we własne stopy. Nie zauważył dwóch pędzących radiowozów. Wieczór, ulica niemal pusta. Milicjanci ponoć się ścigali.
(Nie mogąc dodzwonić się do Ziemiaka, ruszyliśmy nad rzekę do budki z piwem. Piwo bez kolejki, właścicielem okazał się sąsiad Żorża, załatwił tyle flaszek, ile chcieliśmy. Gawędziliśmy sobie o starych czasach, o tym i o owym, wspominaliśmy wyprawę nad morze. Potem Żorż wyjął z kieszeni jakąś kartkę zadrukowaną angielskimi zdaniami, wielkim orłem, oklejoną znaczkami. Kartka zatytułowana była: United States Of America).
Zrywam się na równe nogi z kuchennego zydla i łapię kurdupla za fraki.
- Skąd o tym wiesz ? To wszystko bzdury, prawda? Robisz mnie w balona, teatrzyk taki sobie urządzasz, prawda? – trząsłem nim z całych sił, a mama w głośny lament wpadła. Odpuściłem. Nie zmienił grobowego wyrazu twarzy, nie odwinął się, tylko westchnął.
- Całe miasto o tym trąbi, w kościele też głośno na ten temat.
Skąd on ma wiedzieć, co w kościele się mówi, pomyślałem, ale to bez znaczenia. Nie śmiałem zadawać dalszych pytań. Nie spytałem nawet, czy aby czegoś się o pogrzebie nie mówi. Stanąłem przy oknie i patrzyłem. Nic nie mąciło spokoju ulicy. Ludzie chodzili, biegali, jeździli beznamiętnie. Dobrzy, źli ludzie w rytmie swoim niezmąconym kręcili się wokół własnych ogonów w długiej wędrówce ku przeznaczeniu. Kres czeka nas wszystkich: bogatych, biednych, złych i dobrych, głupich i mądrych, młodych i starych. Może przyjść wcześniej czy później, lecz przyjdzie na pewno. Skąd więc tyle hałasu? Po co te lamenty? Kto powiedział, że istnienie jest szczęściem, a nieistnienie piekłem?
(Wreszcie powiedział mi to wprost: wyjeżdża! Ta angielskojęzyczna kartka to zaproszenie do Ameryki. Wyjeżdża i ma zamiar się tam urządzić. Ma dosyć tutejszego bagna, wszechwładnej niemocy, tandety, szarzyzny i beznadziei. Kolorowe miasta, sklepy pełne towarów, piwo dostępne bez znajomości, oto, czego chce. Nawet jako pucybut będzie tam szczęśliwszy niż tu jako lekarz. Choć będzie próbował szczęścia w medycynie.)
Paznokciem drapię farbę drukarską rysującą się w kształt liter: Artur Ziemiak. Wokół podwójna czarna ramka, chce mi się wyć.
Nekrologi pojawiają się codziennie. Dziesiątki, setki zrozpaczonych członków rodziny, znajomych. Pojawiają się też i takie nekrologi : „Rodzinie i bliskim Artura Ziemiaka, zmarłego po ciężkiej chorobie”, albo „Łącząc się w cierpieniu z rodziną i bliskimi Artura Ziemiaka, który odszedł od nas po długich cierpieniach. Często choroba duszy jest cięższa niż choroba ciała.” Sprawiają, że ciemnieje mi przed oczami. Zęby chcą kąsać, pięści tłuc, choćby na oślep.
Trudno doprawdy powiedzieć, czy bardziej te ogłoszenia, czy też przebrani za robotników agenci, którzy dołączyli do orszaku głośno krytykując pijaństwo Ziemiaka, zamieniły ten smutny kondukt w wielką uliczną manifestację. Może przyczyna była inna albo zwyczajnie była naturalną reakcją na niewinną, bezsensowną śmierć? W takim razie odzew był masowy, tłumy nieprzebrane. Ludzie szli w milczeniu, z pochylonymi głowami, smutni, skupieni. Ciszę przerywały tylko bluźniercze prowokacje agentów i złowrogi pomruk tłumu w odpowiedzi.
Pogrzeb był prosty, ksiądz odprawiający mszę zbyt cichy, by usłyszeć go z daleka. Przez chwilę patrzyłem na prostokątną dziurę, gdzie spoczęła dębowa trumna. W niej śpi mój przyjaciel. Ciasna i twarda, nie pasowała do niego, który tak lubił przestrzeń i wygodę. Ale czy komukolwiek pasuje? Jeszcze uścisk ręki matki i ojca Artura. Obok rodziców jakaś ciemnowłosa zapłakana panna rzuca mi się na szyję (Klara?) i ściska długo, jej łzy leją mi się za kołnierz. Przytrzymuję mocno jej drżące plecy, słony zapach łez miesza się z wonią choinek i kwiatów. Zaciskam oczy, na chwilę popadam w wielką ciemność. Potem uścisk słabnie, Klara puszcza mnie. Odwracam głowę, odchodzę. Z tyłu ogromna kolejka nie pozostawia czasu na wylewność. Może tak lepiej. Co więcej można powiedzieć bliskim zmarłego dwudziestolatka, który parę dni temu wybrał się z bukietem kwiatów na spotkanie z narzeczoną?
Jeszcze tylko zerkam odruchowo, ciekaw wielkości kolejki za mną. Wśród oczekujących na złożenie kondolencji miga znajoma twarz, wielce zasmucona jakby, anielska, blada, niebieskie oczęta sugerują niepokalanie duszy myślą nieczystą. Zimne ciarki mnie po plecach przechodzą, co robi tu ten bałwan, którego z taką gracją, Arturze, zawiesiłeś na uniwersyteckim posągu? Śmiać mi się zachciało nagle na wspomnienie tej sceny, ale zaraz wstrząsnęły mną wielkie wątpliwości: po co tu przyszedł ? Zemścić się, prowokować, opluć trumnę? Jeszcze raz zerkam w to miejsce, patrząc, co też knuć może, ale już go nie ma, może tylko przywidzenie, iluzja, światła załamanie... A bo mało to wymoczków z niebieskimi oczami kręci się po świecie? Mniejsza, pomyślałem i ze śmiechu niedawnego poprzez trwogę - niemal w płacz na taką myśl popadłem: ty byś takiemu szkołę dał, gdybyś żył. Ale cóż... kiedyś postrach wrogów, dziś jesteś martwy i całkiem niegroźny.
Nie odnalazłem Żorża w tłumie, choć wcześniej się umówiliśmy. Spotkaliśmy się dopiero po jakichś dwóch tygodniach –okazało każdy w tych ciężkich chwilach starał się znaleźć sobie jak najwięcej zajęć. Zapomnieć jednak nie szło żadną miarą: na cokolwiek patrzyłem, czegokolwiek dotykałem, Ziemiak stawał mi przed oczami. Wspomnienia nawracały najsilniej w domu – tu bowiem siłą rzeczy z największą intensywnością utrwaliły się obrazy tych kilku miesięcy spędzonych w łóżku i częstych odwiedzin przyjaciół. Dlatego jak najwięcej czasu starałem się spędzać poza domem, najczęściej na spacerach lub w bibliotece, z dala omijając wszelkich znajomych, cokolwiek z bolesnymi wspomnieniami wspólnego mających. Ale od przeszłości uciec się nie dało, zwłaszcza na uniwersytecie. Któregoś dnia na przykład obsiadło mnie kilka natrętów podających się za wydawców podziemnej prasy, z prośbą o wywiad. Z biblioteki uniwersyteckiej przeniosłem się szybko do publicznej. Tam było nieco spokojniej i neutralniej, choć przykre incydenty się zdarzały: kiedyś przysiadła się do mnie jakaś panna z propozycją założenia ruchu społecznego mojego imienia. Panna mi się podobała, jej propozycja – nie.
Dlatego, kiedy powodowany potrzebą kontaktu z przyjacielem pukałem do drzwi Żorża, szukałem wytchnienia od tej udręki: bić pianę przeszłości zawsze lepiej z bliskimi niż z obcymi. Już na progu jednak okazało się, że wytchnienia tu nie znajdę. Jedno spojrzenie na uśmiechniętą twarz Żorża mówiło, że sprawy nie idą w kierunku, którego bym sobie życzył. Stał przede mną świeży, jakby wykąpany w odmładzających balsamach. Nic ze smutku ostatnich dni po nim dojrzeć nie było można, mówił radośnie i czysto. Kiedy poprosiłem go o szklankę piwa, usłyszałem, że przestał pić, zaczyna nowe życie. Przyniósł za to herbatkę w szklance.
- Wiesz, Tymek – zaczął, gdy w jego malutkim pokoiku z braku piwa herbatką się raczyliśmy – mówiłem ci już, że chodzę do kościoła? – (Tu o mało się herbatką nie zadławiłem) – Chodzę tam wtedy, kiedy nikogo nie ma, sam musisz tak spróbować! Wchodzę do pustej nawy, siadam sobie na skrzypiącej ławeczce, słyszę pogłos odbity od sklepienia. Spokój i cisza, chłód. Zamykam oczy, wsłuchuję się w ciszę i zaczynam widzieć. Widziałem Ziemiaka. Przechadzał się po rajskim ogrodzie w wysokiej trawie oazy. Uśmiechał się tak łagodnie, był spokojny, nie tak jak za życia. Przyjdzie taki dzień, kiedy zobaczę też Pana, Bardzo w to wierzę.
Zastanawiałem się, czy z Żorżem wszystko w porządku, spytałem go nawet, czy z wódki na dragi się przerzucił, ale stanowczo zaprzeczył (anielskość jego wyrazu twarzy przeczyła zresztą wszelkim formom narkomanii). Nie wiedziałem, że Żorż jest wierzący, nigdy o tym nie mówiliśmy. Jednak sposób, od jakiego zaczął eksponować swoją wiarę był dość oryginalny o ile nie był to z premedytacją ułożony wstęp do gorszych wieści. Zaraz potem bowiem otworzył szufladę i wyjął z niego ciemnogranatową książeczkę zadrukowaną złotymi literami i złotym orłem.
- Mam! – krzyknął nie mogąc powstrzymać drżenia warg – popatrz tylko! - przewrócił kilka zielonych kartek i zatrzymał się na kolorowej naklejce. Była to wiza amerykańska.
- Kiedy jedziesz?
- Zająłem kolejkę po bilet lotniczy, ale wcześniej muszę domówić termin z wujem. Mama siedzi od wczoraj u ciotki i czeka na błyskawiczną z Chicago. Może jeszcze dzisiaj dostaniemy połączenie!
Błyskawiczną dostał następnego dnia, w międzyczasie tracąc miejsce w kolejce po bilet, który jednak po trzech dniach stania w nowej kolejce w końcu kupił. W ten sposób klamka zapadła.
Po raz ostatni widziałem go jeszcze na lotnisku. Był blady, ręce trzęsły mu się z wrażenia, nerwowym szeptem wyznał mi, że w rozporku zaszyte ma sto dolarów. Z wielkim strachem spoglądał na skracającą się kolejkę do kontroli paszportowej, a każde bzyknięcie granicznej bramki nieuchronnie pchało go ku przeznaczeniu.
(Nie wiem sam, co podkusiło mnie, żeby go odprowadzać – to jak grzebanie w żywej ranie. Było lato, czas pomyśleć o jakiś spokojnych wakacjach, może pod namiotem nad jeziorami albo w schronisku w górach? Po co siedzieć w tym zapylonym mieście i umartwiać się nad sobą, skoro jest tyle pięknych miejsc na świecie? A może zrobiłem to na przekór mamie, która od czasu śmierci Ziemiaka, zaczęła martwić się o mnie w sposób nienaturalny i namolny. Jak nigdy dotąd, pytała, dokąd idę i kiedy wrócę, niechętnie patrzyła na wszelkie wieczorne wypady, choćby całkiem niewinne – do kina czy na spacer. Stale dopytywała się o adresy znajomych, których miałem odwiedzić, przypominała, żeby nie przechodzić na czerwonym świetle, a na zielonym rozglądać się na wszystkie strony. Trzęsła się nade mną, mówiąc, że jestem jej jedynym synkiem i że nie chce mnie stracić. Na jej twarzy widać było autentyczną troskę – przynajmniej wiedziałem, że ona o mnie myśli ciepło, że nie wyjedzie na żadną emigrację beze mnie, jeżeli kiedyś miałaby taki pomysł. Ja z kolei miałem coraz więcej wątpliwości: Miecia, Ziemiak, Żorż, moi najbliżsi przyjaciele odeszli bądź zaraz to zrobią, czy nie czas pomyśleć samemu o wyjeździe? Stały dylemat czy ojczyzną jest miejsce, w którym się żyje, czy ludzie, z którymi przestaje jakby pod wpływem zdarzeń znajdował rozwiązanie na korzyść drugiej opcji. Wahałem się coraz bardziej, czy nie byłoby rozsądne napisać do Mieci list z prośbą o zaproszenie, choć z drugiej strony – czy zostawiłbym samą moją biedną mamę? Ta czterdziestokilkuletnia lekarka, która z pewnością nie jedno widziała cierpienie, nie jednej śmierci się przypatrywała, teraz poczuła, że nieszczęścia, którym stawiała dzielnie czoła chroniona solidnym murem lekarskiego fartucha, mogą dotknąć ją, Elżbietę Szymańską, bezpośrednio. Stwierdzenie, że mama się bała, nie było wcale budujące. Tym bardziej, że ojciec dalej żył w swoim urojonym świecie śmietnikowych gadżetów, a bodźce zewnętrznego świata miały na niego znikomy wpływ. Gdy dowiedział się na przykład o śmierci Ziemiaka – choć w pierwszej chwili zaczął dopytywać się o szczegóły, a jego twarz przez moment zaczęła zdradzać wzruszenie – chwilę potem wrócił znów do zwykłego stanu obojętności, wygłaszając filozoficzną tezę o wyższości maszyn nad zwierzętami, polegającej na niekończących możliwościach naprawy każdego urządzenia niezależnie od poziomu destrukcji. Choć tego rodzaju postawy należało się po nim spodziewać, mama tym razem nie wytrzymała i następnego dnia osobiście zaprowadziła go na wizytę do psychiatry.)
Przed Żorżem była już tylko jedna osoba. Jego rodzice udzielali mu ostatnich rad przed podróżą, (okazało się, że loty bezpośrednie do USA były zawieszone i Żorż musi podróżować przez Kanadę), drżącymi rękami głaskali go po głowie, sprzedawali całusy.
- Na mnie już pora - bramka zabrzęczała ponownie, Żorż przesunął się naprzeciw granicznej budki. Koniec nieodpowiedzialnych rozmów – takie mogą drogo kosztować – jeszcze jedno bzyknięcie i Żorż znalazł się po drugiej stronie niewidzialnych zasieków. Formalnie był już za granicą, w świecie ludzi wolnych, nieskrępowanych absurdalnymi regułami niezrozumiałego reżimu. Staliśmy razem z rodzicami Żorża przy stanowisku odpraw. Unosząc się na palcach nóg, wyglądałem jeszcze w tamtą stronę, a co zobaczyłem, przekazywałem niespokojnym rodzicom (niewielki wzrost obojga pozbawiał ich wszelkich szans ostatniego spojrzenia na syna). Żorż właśnie zniknął za mundurem potężnych kształtów celniczki niebezpiecznie obmacującej go za pomocą jakiejś czarnej pałki, coraz niżej i niżej – czyżby numer z zaszywaniem pieniędzy w rozporku był pewniakiem? Gdy pochyliła głowę do poziomu krocza Żorża ujrzałem jego przerażoną twarz. Po chwili z trudnością podniosła się do góry unosząc jakiś przedmiot na wisiorku. Powiało grozą : prawdopodobieństwo zawrócenia z granicy zawisło nad Żorżem, jak miecz nad głową Damoklesa. Potężna, umundurowana baba pchała go ku nam, jego purpurowa teraz twarz lśniła potem. Kiedy stanęli naprzeciwko nas, celniczka wręczyła mi znaleziony przedmiot.
- Zapomniałem ci to oddać – Żorż uśmiechnął się niewyraźnie, jego głos drżał. Baba bez ceregieli pociągnęła go z powrotem i pchnęła do sali odlotów. Oniemiały popatrzyłem na przedmiot. To była plakietka. Kiedy przyjrzałem jej się z bliska, naraz poczułem, jak wielka, dyżurna gula rośnie mi w gardle, jak wysuszone stresem wargi rytmicznie drżeć zaczynają. Na plakietce wielkimi czarnymi literami napisano PRESS T. Szymański. Patrzyłem jak zahipnotyzowany raz na plakietkę, raz na ciemną kotarę, za którą przed chwilą Żorż zniknął, wszystko jakby w innym wymiarze i czasie. To mi niespodziankę zrobił, też pamiątkę zostawił! Żegnaj Żorż – myśli nabiegły we mnie swobodnym, gładkim strumieniem - Nieprędko się znów zobaczymy, a jeśli nawet – nasze spotkanie będzie pustką, wspomnienia dawnych zdarzeń w twoim nowym życiu pozbawione będą sensu i treści. Tak, nasza znajomość miała wartość tylko w tych czasach i w tym miejscu. Jeśli nawet przyjedziesz kiedyś do naszego biednego kraju z walizką pełną konserw i kolorowych długopisów, będziesz już innym człowiekiem: dobrobyt zagranicznego życia zepsuje cię nieprzyzwoicie, jak wszystkich emigranci z drwiną wyższości na naszą nędzę i zapóźnienie spojrzysz... (Kotara sali odlotów uniosła się lekko, przez chwilę mignęły tam postaci wybrańców losu –uciekinierów wszelkiej maści – bo turystów tu niewielu. Za kilka lub kilkanaście godzin wrzuceni zostaną w wir świata wielkiego, bogatego, niepojętego i tam rodzić się będą na nowo.)
Pożegnałem się z rodzicami Żorża i ruszyłem przed siebie. Po chwili huk startujących samolotów ustąpił miejsca zwykłym odgłosom ulicy, ryczącym silnikom samochodów, klekotowi rozwalających się autobusów. Człapałem niepewny, w którą stronę iść, wdychałem głęboko powietrze, nagła pustka przygnębiała.
Gdy znalazłem się na przerzuconym nad wielką rzeką, wibrującym od ruchu moście– przystanąłem. Wychyliłem się głęboko poza drżącą barierkę i jak zahipnotyzowany wpatrywałem w leniwą, brunatną wodę. Co trzeba zrobić, żeby do niej wskoczyć? Jeden skok – nawet nie poczułbym przeprawy na tamten świat, z którego wszędzie już blisko: do Ameryki, Hiszpanii... Moja szczęśliwa dusza dostałaby się do raju (bo przecież nic złego nikomu nie zrobiłem, więc musiałaby się dostać do raju), tam gdzie mój przyjaciel Ziemniak zajął dla nas rajski stolik, gdzie częstują rajskim piwem. Szkoda, że w to nie wierzę. Gdybym skoczył stałbym się zsiniałym, przerażającym kawałem mięsa, który dziś albo jutro wyłowiłaby milicja dopatrując się w tym jakichś politycznych motywów. A ja nie mam żadnych politycznych motywów. Polityka mnie nie interesuje. Chcę stąd uciec.
Ruszyłem w stronę domu. Ruszyłem pisać list.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

