Rozdział X

Nadejdą lepsze czasy - Rozdział IX

Uwaga, otwiera nowe okno. DrukujEmail

Wielkie, czarne, dwuskrzydłowe drzwi, nie sposób ich nie zauważyć. Na jednym ze skrzydeł tabliczka z nazwiskiem, poniżej mosiężna klamka, na framudze okrągły dzwonek z przyciskiem jak damski sutek. Wyrwałem się wreszcie ze swej klatki, dotarłem tu, lecz dzwonka nacisnąć nie śmiem. Rozglądam się, mierzę cienie i blaski, które na zielonoszarym marmurze układają się w rozmaite geometryczne formy. Wreszcie zmuszam rękę do ruchu, jest posłuszna, palec dotyka plastiku czerwonego sutka, bzzzzz, staroświecki dzwonek działa bez zarzutu. Cisza, żadnej krzątaniny, skrzypienia parkietu, nic. Dzwonię jeszcze raz, jednak ostatecznie spokój wnętrza wymusza odwrót. Opuszczam chłodne marmury klatki schodowej, siadam na parkowej ławce. Rozkrzyżowuję szeroko ręce na oparciu, czerwcowe ciepłe słońce, senne, kojące.

Z twarzą jak tarcza słonecznika – czekam. Za mną wielki kasztanowiec o soczystozielonych liściach chłodzi mi plecy, próbuję zatopić się w chwili. Po raz pierwszy w tym roku sam poza domem. Po raz pierwszy od miesięcy zdany na własne siły, bez potrzeby wyciskania z przyjaciół wieści, których nie mieli. Kontakt urwał się ostatecznie. Żadnych wizyt, żadnych listów, jakby pod ziemię się zapadła. Żorż i Ziemiak też stracili z nią łączność, tłumaczą się brakiem czasu swoim i jej milczącym telefonem. Błędny numer, awaria na centrali? Pytamy o to za każdym razem, kierując twarze w pustkę, wymijająco, zamiast dzień dobry. Z braku nowych wątków o Mieci zagłębiamy się w politykę. To ożywia Żorża. Żorż przypomina nakręconą katarynkę i gdyby wierzyć jego słowom, jest czynnym uczestnikiem stopniałego wraz z zimowym śniegiem ruchu oporu.

Oto słyszymy, jak podczas manifestacji wrzuca gazowe pociski do milicyjnych wozów, oto skutecznie ucieka przed naszprycowaną narkotykami zgrają milicyjnych szturmowców, innym razem uczestniczy w linczu tajniaka, który wślizgnął się podstępnie w szeregi protestujących. Co ty nie powiesz, Żorż, ty przyszły lekarz? Maltretować, człowieka? I tu znów dowiaduję się, że w opinii powszechnej, którą mi Żorż wykłada tajniacy nie są ludźmi, trudno ich też nazwać zwierzętami. Należą do kasty panów i nietykalnych zarazem, w odczuciu rozsierdzonych demonstrantów nie chroni ich żadne prawo, nie zasługują na żadną litość. To jest wojna na śmierć i życie, tłumaczy mi, dlatego trzeba ich tępić, w przeciwnym razie wyprują z nas flaki. Mimo wszystko dziwię się poglądom Żorża, choć trudno z nim polemizować: zamknięty od miesięcy w czterech ścianach, odcięty od materii zdarzeń mogę tylko potakiwać i przypuszczać coś innego. Nie można też wykluczyć, że Żorż fantazjował.

O ile Żorż robił za zaangażowanego, absolutnie nie można tego powiedzieć o Ziemiaku. Zdruzgotany ponurą wegetacją w świecie komunistycznych porządków, podjął tyleż rozsądną, co odważną decyzję ignorowania wszystkiego co polityczne i społeczne, uciekając, jak mówił, od pustych symboli, którymi teraz byle kto wymachuje bez pojęcia o ich znaczeniu. Zamiast tego, któregoś dnia Artur zdecydował, że uczyni swe życie bardziej kolorowym: uznając, że rzeczywistość jest przerażająco szara, beznadziejna i deprymująca, postanowił codziennie poprawiać sobie nastrój krzepiąc swoją podatną na czarne humory psyche odpowiednią dawką alkoholu. Jednak idąc tropem podjętego postanowienia, szybko zorientował się, że na drodze do celu piętrzą mu się rozmaite przeszkody. Kłopoty z zaopatrzeniem oraz wprowadzone przez ekonomicznych strategów talony na wódkę (nie mówiąc już o kiełbasie, bez której wódki nie dało się przełknąć) mogły de facto poważnie zakłócić wprowadzenie postanowienia w życie. Wtedy też przyszło mu do głowy pewne rozwiązanie (Ziemiak uznał to za interwencję sił nadprzyrodzonych), niewidzialne usta szepnęły mu do ucha słowo, które miało spowodować lawinę dalszych decyzji i kroków: kompot. Wiele słyszał o tej cudownej, halucynogennej substancji, wyprawiającej w inne światy, w kosmos albo bliżej – w chmury, na kwieciste łąki, w nieprzebyte dżungle realistyczne i abstrakcyjne, namacalne i iluzoryczne. Pozwalała odkrywać bogactwo własnego świata, tak dalekiego od ponurej rzeczywistości, świata szczęśliwego, bogatego w formy – choć mniej w treści – wolnego od zakazów, ograniczeń, generałów i praw. „I o to mi właśnie chodzi – ciągle przed czymś uciekam, chcę z tym wreszcie skończyć!”

Chemia czyni cuda! Jesteśmy mniej lub bardziej doskonałą zbitką bezmyślnych molekuł, które ostatecznie determinują nasze postrzeganie świata. Wystarczy je należycie podrasować, odpowiednio skomponować eliksir, a niepotrzebne będą żadne przewroty i rewolucje, emigracje i demokracje – ten szary świat wolny od przyszłości przeistoczy się w eden prywatny. Jeśli dodać do tego argument ekonomiczny, że kompot wytwarzany jest przez niezależnych od państwa producentów, wniosek nasuwał się sam : towar ten jest niereglamentowany, a zatem dostępny bez ograniczeń, wystarczyło tylko mieć wystarczająco gotówki, ale o tę Ziemiak nigdy się chyba nie martwił. Silny tym postanowieniem, mój duży przyjaciel udał się pewnego dnia do centrum miasta, gdzie – jak mu mówiono – narkotyk jest dostępny. Zresztą każdy dobrze wiedział, że w reprezentacyjnej części stolicy łatwo było – wbrew powszechnym wyobrażeniom o totalitarnym terrorze systemu, nietolerującym zachowań innych niż oficjalne – spotkać wielu dziwnie wychudłych i nieobecnych osobników zalegających na trawnikach, chodnikach czy betonowych murkach, na swój sposób nieczułych na dzień powszedni, słotę, skwar, ciężki mróz, żyjących w innym niż powszednie życiem. Naszemu przyjacielowi bardzo spieszno było dzielić z nimi szczęście, jednakże wielkie było jego rozczarowanie, gdy mimo usilnych starań, okazało się, że zakupić kompot nie było wcale tak prosto jak mu się początkowo zdawało, panowała wokół tych ustnych umów kupna – sprzedaży jakaś dziwna zmowa milczenia, jakaś tajemniczość niesłychana, zupełnie inaczej niż w przypadku reglamentowanego handlu wódką, gdzie kilkusetmetrowe kolejki były najlepszym drogowskazem do solidnie zaopatrzonej placówki handlowej. Oczywiście Ziemiak nie był na tyle naiwny, żeby nie wiedzieć, że handel narkotykami jest zabroniony, zakładał jednak niebezpodstawnie, że żaden milicjant czy żołnierz, czy nawet prokurator nie będzie sobie w tych czasach zaprzątał sobie głowy jakimś handlarzem heroiny, kiedy ma ręce pełne roboty w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju elementów aspołecznych i asocjalistycznych, takich jak opozycjoniści, manifestanci czy przyprawiacze złotych koron białym orłom. Lecz gdy Ziemiak podchodził do narkomana potrząsając nim i pytając, gdzie może nabyć heroinę, ten najczęściej odwracając niewidzące oczy w kierunku, z którego dochodził głos intruza unosił palec do góry i wskazując zapewne niebo, bo też niczego innego tam nie było. A kiedy zdesperowany Ziemiak, klnąc na ten niewydarzony kraj, gdzie nawet niezależny handel nie radzi sobie z popytem, zaczął zaczepiać na ulicy różnych podejrzanych typów, bezzębnych pijaczków o pomarszczonych twarzach i niebieskawej cerze w nadziei, że to oni właśnie rozprowadzają niebiańską substancję, szybko okazało się, że ci z kolei ciągną na denaturacie, a tak nisko Ziemiak nie miał zamiaru się staczać. Wreszcie zrezygnowany bezskutecznością poszukiwań, zdegustowany ohydą nagabywanych kreatur, odurzony smrodem, którym emanowali, zrezygnował z poszukiwań ulicznych i uderzył prosto do Żorża, słusznie rozumując, że gdzie jak gdzie, ale na medycynie ktoś musi znać się na narkotykach. Żorż z początku kategorycznie mu odmówił, ale ponieważ Ziemiak nie dawał za wygraną, a kartki na wódkę zaczęły mu się kończyć, zmiękł w końcu i przyniósł mu działkę brunatnego soku z makowych łodyg. Rozłożył manele na stoliku koło łóżka w jego mieszkaniu, tego samego, z którego kiedyś korzystał zapewne Roman Szczawek i stanął nad niespokojnym, żądnym wrażeń Ziemiakiem.

- A teraz posłuchaj – rozpoczął wzorem telewizyjnych prezenterów zanudzających niecierpliwych widzów zbyt długimi wstępami – przede wszystkim wiedz, że uważam cię za swojego przyjaciela... Dlatego muszę cię przestrzec, że kompot to największe świństwo, o jakim w życiu słyszałem. Bez najmniejszej wątpliwości doprowadzi cię do kompletnej ruiny moralnej i fizycznej. Pomijając, że wpadniesz w straszliwy nałóg i zejdziesz w ciągu kilku najbliższych lat (a przecież lubię cię, stary), musisz wiedzieć, że po tym jest tak straszliwy kac, że przez dwa dni nie możesz przyjąć pozycji siedzącej nie wymiotując, chyba że weźmiesz następną działkę – ale w ten sposób jeszcze bardziej skrócisz sobie żywot. Będziesz, stary, wrakiem człowieka, po trzech działkach zaczniesz rzygać z nudów, bo twoje marzenia będą się ciągle powtarzać, wciąż odwiedzać będziesz jedne i te same miejsca, bo to nic innego jak projekcja twojej podświadomości, a możliwości tejże, zwłaszcza u ciebie, przyjacielu, są ograniczone. Będziesz staczał się w dół, przestaniesz się uczyć, sflaczejesz, a jeżeli będziesz jeszcze myślał o dożyciu czterdziestki, uratować cię będzie mógł tylko porządny odwyk, tego jednak najgorszemu wrogowi bym nie życzył. Ja jednak słowa dotrzymuję – chciałeś narkotyk, oto on, żal mi ciebie, bo biorąc pierwszą działkę przejdziesz nieodwracalnie na tamtą stronę, stronę tych, co kończą ze sobą na własną prośbę. I kiedy inni będą z zapałem korzystać z życia ty przyjacielu, jeśli jeszcze chodzić będziesz po tym świecie będziesz cieniem człowieka. A szkoda, bo masz szansę stać się nie byle kim, może adwokatem albo radcą prawnym? Ale bierz sobie ten narkotyk, dla mnie to i lepiej, może będę miał to szczęście, że za parę lat, gdy twoje ciało zażywać będzie przyjemnego chłodu prosektorium, przyjdę do ciebie i zacznę powoli wykrawać twoje zniszczone do cna organy, dobrze je zakonserwuję, a później napiszę na ten temat jakąś rozprawę naukową?”.

Lecz Ziemiak nie sprawiał wrażenia zasłuchanego, wiercił się niespokojnie, przerywał, poganiał. Skończywszy przemowę Żorż wyciągnął z wojskowego plecaka pojemnik z olbrzymią strzykawką i końską igłą. Potem sięgnął jeszcze po gumową opaskę i wciągając do strzykawki brudnobrązowy płyn z buteleczki, kazał Ziemiakowi oprzeć obnażone ramię o stół. Twarz Ziemiaka zieleniała, jakby morały przyjaciela zaczęły docierać do niego dopiero na widok potężnej strzykawki. Kiedy Żorż zaczął mocować gumową przepaskę na ramieniu, blada twarz Ziemiaka spływała potem.

- Ohyda – szeptał głosem nieswoim, a jego usta przypominały rozedrgane struny gitary – czego to człowiek nie robi, żeby zażyć piękna i stać się nareszcie szczęśliwszym. Wejście do raju jest od strony śmietnika!

Żorż uniósł strzykawkę w powietrze, brunatna kropla powoli spływała z grubej igły. Próbował wymacać żyłę na przegubie Ziemiaka, skarżył się na obfitość tłuszczu, wskazywał na niepewność zabiegu. Wreszcie uznając, że jest gotowy zamachnął się szeroko, ale kiedy dzierżona pewną ręką strzykawka opadała siłą grawitacji, okrutny, nieprzewidziany wrzask zatrząsł ścianami pomieszczenia, Ziemiak cofnął gwałtownie rękę, gruba igła dźgnęła blat, szkło pękło, brunatny płyn rozlewał się w kałużę razem i mieszał z krwią z dłoni Żorża.

Darli się obaj. Złapawszy za fraki krwawiącego Żorża Ziemiak trząsł nim energicznie, bluzgając ordynarnie, wypominał mu dyletanctwo. Żorż wrzeszczał, że krwawi i musi biec do szpitala, żeby wyciągnęli mu odłamki szkła i zszyli skórę, krew bryzgała na ściany, ich mikroświat był rozedrgany, przerażony, po pokoju rozchodziła się delikatna woń kompotu z suszonych śliwek.

- Jak mogłeś, przecież to się robi delikatnie – stali już nad wanną, Ziemiak dezynfekował, Żorż się uspokajał.

- Dożylne czy domięśniowe... czasem mi się myli. Powinieneś mi być wdzięczny... – mówił już uspokojony, dumny z fortelu.

Po tym zdarzeniu, Ziemiak niechętnie wracał do tematu narkotyków. Zaczął z innej beczki: postanowił, że zacznie malować. Ale i tu pojawiło się wiele trudności zaopatrzeniowych, bowiem Ziemiak nie posiadając dokumentu stwierdzającego, że jest malarzem profesjonalnym nie miał dostępu do jedynego sklepu, w którym sprzedawano farby i blejtramy dla zawodowców. Nic nie było jednak w stanie powstrzymać jego pędu do sztuki koloru. Stawał na głowie, żeby zdobyć odpowiednie materiały : wpisywał się na listy oczekujących w kolejkach po plakatówki i akwarele, skupował świecowe, połamane kredki od małolatów, przeszukiwał szuflady i zarosłe kurzem kufry, po czym z zapałem, którego pozazdrościłby mu zapewne niejeden profesjonalista, maźglał swoje ekspresyjne, nasycone dostępnymi barwami dzieła gdziekolwiek popadło. Kiedy spojrzawszy na swój nieskromny dorobek artystyczny doszedł do wniosku, że zasługuje na miano prawdziwego artysty, zaczął wychodzić ze sztuką na zewnątrz. Odtąd ściany jego klatki schodowej zdobiły wymyślne składniki martwej natury, takie jak jabłka w dziesięciu co najmniej gatunkach, robaczywe śliwki, a nawet – temat jakże niebezpieczny – banany i pomarańcze.

Na reakcję publiczności nie czekał długo: jakaś przyjazna sąsiadka doniosła o jego talencie wyżej i już kilka dni później Ziemiak stał na baczność przed komisją tworzącą kolegium do spraw wykroczeń, która tylko przez ewidentne niedopatrzenie nie powierzyła mu wątpliwej misji upiększenia swą sztuką szarych ścian aresztu. Uratowała go zapewne tematyka dzieł: lubował się bowiem bardziej w martwej naturze i przyrodzie ożywionej, nie stronił od wizerunków robactwa, które cyzelował misternie, na ile pozwalały mu na to dostępne narzędzia oraz posiadane umiejętności. Gdyby oddał się malowaniu wizerunków drapieżnych orłów czy tchórzliwych wron, kreślił hakenkrojce, kotwice czy postaci w ciemnych okularach – a takie były teraz artystyczne trendy ulicy – z pewnością nikt by mu nie odmówił tego zaszczytu, a tak skończyło się na grzywnie i nakazie pomalowania w czynie społecznym i na własny koszt ścian na korytarzu własnej klatki oraz klatek sąsiednich. Jednak o ile Ziemiak miał talent do natury i abstrakcji zupełnie inną jakość prezentowały jego umiejętności malowania równych linii lamperii (choć być może zbytnio wzorował się na wcześniejszych dokonaniach profesjonalnych malarzy pokojowych, których sztuka nieregularnych linii, ściennych reliefów mogłaby zasłużyć na miano Sztuki, gdyby tylko znalazł się ktoś, kto by się na niej poznał). Innymi słowy, choć nasz przyjaciel dostał robotę, która odbiegała znacznie od jego aspiracji, w jego wykonaniu miała w sobie wiele z artystycznej dowolności: wyżywał się na ścianach korytarza z niemniejszym polotem do nieregularnych kształtów, jak przy malowaniu właściwych dzieł sztuki, co razem z wypijaną codziennie wódką (znalazł wreszcie niewyczerpane źródło dostawy w pewnym zakazanym miejscu) zapewniało mu jako taką równowagę psychiczną, a o tę nigdy nie było łatwo.

A ja? Nie mogłem malować ścian ani nawet tworzyć na papierze, nie mogłem manifestować, pić wódki ani się narkotyzować. Byłem uwięziony i porzucony, moje nastroje niebezpieczne chwiejne. Ciężko było mi się na skupić, książki nie wciągały, komiksy przeczytałem po kilka razy, wiało nudą schematu. Niewiele lepiej było z nauką – przeleciałem ze cztery razy podręcznik do prawa rzymskiego, ale kiedy próbowałem coś z tego powtórzyć, czułem, że wszystkie damnum emergensy i lucrum caesansy zaczynają mi się mieszać, wtedy też zazwyczaj wzrok mój przebijał się przez czarny druk na białych kartach tomiska, a ożywiona odmiennością wyobraźnia stawiała naprzeciw Jej ruchomego portretu. Odpływałem z zapamiętaniem odkrywcy w poszukiwaniu przygód zgodnie z urojonymi scenariuszami spotkań z Nią, antycypowałem przyszłe życie w lepszym świecie we dwoje, czasem też szukałem pretekstów do bohaterstwa, choć z tych akurat wątków szukałem na ogół szybkiej i bezpiecznej drogi wyjścia. Kiedy indziej, wspominając genezę procesu formułkowego za Gaiusa, moja podświadomość chwytała mnie za rękę i wyprowadzała daleko poza chronione kolczastym drutem granice naszego kraju, do słonecznej, spływającej krwią wojny domowej Hiszpanii, gdzie błądziłem, gubiąc się w dowolnościach wątków historii, którą mi opowiedziała.

Ach, ta jej historia! Jakże podnieca, czapkę przed świadectwem dziejów zdjąć każe. Dziwaczna i niesłychana, jak z komiksu, a przecież podobno prawdziwa. Uwierzycie? Papito, czyli Maurycy, ma szesnaście lat, a o komunizmie bladego pojęcia. Pewnego dnia ucieka do płonącej Hiszpanii za starszym bratem – Leonem, komunistą z przekonania. Leon, który ginie na oczach brata, wyciągając go spod gąsienic czołgu. Dolores, matka Mercedes, która jako jedyna z całej rodziny wymyka się spod luf karabinów lewackich fanatyków. Spotykają się na pół martwi na polu usłanym rozkładającymi się trupami. To ci dopiero randka! Prawdziwy romans romantyczny z nutką grozy przerażającej i ze szczęśliwym-smutnym zakończeniem. Zaraz po wojnie arystokratka Dolores wraz z Maurycym przedostają się do sowieckiej strefy. Co za pomysł? Dlaczego nie zostali we Francji, dokąd dowlekli się wraz z tysiącami uchodźców? Nie sądzę przecież, żeby Maurycy miał u Sowietów zapewnioną posadę w organach nowej władzy – pochodził w końcu z rodziny przedsiębiorców. I dlaczego stał się komunistą? Przez sentyment do brata? A może tak było łatwiej chłopcu, który nie odnalazł rodziców ani w ruinach swojego domu, ani nigdzie indziej? Sprawa delikatna, a zbytnia dociekliwość przyniosłaby z pewnością więcej kłopotów niż wiedzy. Tak czy inaczej historia – może w tamtych czasach zwyczajna – z perspektywy olśniewa niecodziennością. Moje szare życie, przeciętne i zaściankowe wobec tej niezwykłości wzbudza we mnie poczucie niższości. Do tego otwiera mi oczy: oto – rzecz niebywała – dowiaduję się, że nawet najbardziej zgrzybiali komuniści (Papito chyba do nich nie należał) mają swoją historię młodości! A ja głupi za pewnik niepodważalny uznawałem, że biorą się znikąd!

I jeszcze jej matka. Tajemnicza, piękna, odważna. Biedna, zagubiona dziewczynka (albo raczej dziewczyna, bo z piętnaście lat musiała mieć wtedy), uciekająca z płonącego domu z chłopakiem z drugiego końca świata, mówiącego dziwacznym, obcym językiem. (Dogadują się łamaną francuszczyzną, ale w tej udręce słowa, nawet coś znaczące nie mają sensu.) Dzięki licznym opowieściom Mieci – znana, a jednak tajemnicza. Wyobraźnia dyktowała dostojne, ciemne rysy, pełne piękna i subtelności. Jako przeciwieństwo rysów ojca, które być może szlachetne były, ale na pewno nie piękne.

Do spraw jej ojca powracałem zazwyczaj przy prawie własności. Mój roztargniony umysł skwapliwie podejmował wtedy tematykę moralną postępowania Papita, to znaczy, błądził wśród płynnych granic pojęcia przyzwoitości i obłudy człowieka, który oficjalnie głosił ortodoksyjnie antyliberalne tezy, przykładał też rękę do internowania opozycjonistów, do dławienia niezależnej myśli, w domu zaś robił ideologiczne volte-face stając się skrytym sprzymierzeńcem opozycjonistów. Kim był ów niedoszły teść: międzynarodowym bohaterem pełnym ideałów, uczniem Machiavelliego czy też zwyczajnie płytkim karierowiczem, cwaniaczkiem, który w każdej sytuacji ustawić się potrafi?

Im bardziej zagłębiałem się w tematykę moralno – miłosną, tym mizerniejsze stawały się efekty mojej nauki. Toteż po kolejnym przebudzeniu nad książką decyzja o wyjściu przyszła gładko i naturalnie. Tego dnia zresztą mniej niż dotąd dręczyły mnie dolegliwości powypadkowe, zrośnięte niedawno kości pobolewały tylko nieznacznie, dymiąca głowa krzyczała o przestrzeń i świeże powietrze, dostała więc, czego chciała. Naskrobałem szybko liścik do nieobecnych rodziców, upewniłem się, czy mam przy sobie dokumenty i pokuśtykałem po schodach ku wyjściu z budynku.

Uderzenie mało mnie z nóg nie zwaliło. Zabujało silnie, aż walcząc z mdłościami musiałem cofnąć się do ściany budynku. Przylgnąłem do niej plecami i powoli, w strachu przed zachłyśnięciem zacząłem filtrować bodźce. Przestrzeń, przestrzeń, światło, światło, powietrze, powietrze, ruch. Wszystko to, od czego przez kilka miesięcy mnie odcięto, zaistniało zbyt gwałtownie, w nadmiernej dawce. Jakaś siła pchała mnie z powrotem do mojej nory, może zatęchłej, ale własnej, bezpiecznej. Przerażający świat, ogromny. Na szczęście agorafobia z czasem zaczęła ustępować, rozglądałem się powoli, nagłych ruchów unikając. Otaczająca przestrzeń nie była mi obca, zapamiętane niegdyś obrazy potwierdzała rzeczywistość. Docierało do mnie, że świat ten znam, jest swojski i – wbrew pozorom – przyjazny. Pijaczki, przekupki, meliniarze, dziwki i złodzieje – wszystko to żyło niezmienne swoim spokojnym, codziennym rytmem, wierne bogatym tradycjom dzielnicy. Kto wie, ilu z nich słyszało w ogóle o generalissimusie, wojnie, internowaniach? Ten świat po swojemu szczęśliwy, rządził się prawami dla obcych niepojętymi.

Tłumiąc uderzenia serca powoli, żeby przypadkiem nie upaść, ruszyłem wreszcie do przodu, a idąc każdy kolejny krok stawiałem coraz pewniej. A gdy bez szwanku doszedłem do końca ulicy chciało mi się już śmiać, śpiewać i tańczyć i gdybym to uczynił miałbym szansę na owacje. Dopiero słysząc charakterystyczny łoskot zatrzaskujących się drzwi w autobusie, moja euforia przygasła, czarne wspomnienia napłynęły wartkim strumieniem, zaleczony ból zapiekł, wróciło wspomnienie alkoholowych mdłości. Niepotrzebnie: wnętrze autobusu było jasne i pogodne, ludzie, choć udręczeni – przyjaźni, tu nic złego stać się nie mogło. Migały zalane czerwcowym słońcem ulice, szare, spokojne. Miasto jakby żyło obojętnie na zawieruchy historii, zgodnie z rytmem przyrody. W zasadzie tylko liczne, uzbrojone w długie lufy patrole nazruszały ufność dla pozorów. Co jakiś czas kilometrowe kolejki. Ponury, umęczony tłum, spokojny i zrezygnowany. Swojsko niby a jednak nie całkiem: im dalej autobus w miasto się zanurzał tym silniejszy stawał się zapach Obcego.

Samotna ławka w parku, szumiący kasztanowiec za plecami to jednak co innego niż ludne ulice. Wokół przyroda historią niewzruszona jak moja dzielnica. Odchylam głowę do tyłu w cień drzewa i myślę sobie, że jak to drzewo całe życie bym chętnie tu spędził. Jednak nogi nie korzenie, ręce nie gałęzie. Czas nagli. Wstaję rozleniwiony, nerwy delikatnie napinam, ruszam postękując w stronę wielkich drzwi. A tam dzwonek bzyczy po swojemu beznamiętnie, mi zaś nagle serce skacze, gdy w zamku klucz chrobocze. Wielkie, czarne drzwi uchylają się powoli, z piskiem, w drzwiach drobna postać, jak prototyp Mieci. Ciemne oczy na moją głupkowatą twarz spozierają pytająco, a ja stoję i słowa wydusić nie mogę, tak mnie niespodziewanie zatkało. Arystokratka nawet w przybrudzonym dresie pozostanie arystokratką, myślę sobie, bo co mi pozostaje w tym oczekiwaniu aż zdolność mowy odzyskam. Wpuszcza mnie do swego nobliwego mieszkania o wysokim pułapie, rękę oblepioną kurzem podaje. Remont czy przeprowadzka? – myślę jeszcze patrząc na kolumny kartonów w długim korytarzu stojących, zanim zza kartonów nie wyjrzy dobrze znajoma buźka, śmiejąca się i jak u matki kurzem umorusana. Gardło mi nagle strach zatyka, usta drżą, ratunek w pospolitym cześć, które w końcu z pewnym trudem z twarzy mi wychodzi. Ściskamy sobie ręce, zaraz we trójkę w naturalnym kółku stoimy, wreszcie jej matka z niezręczności nas wybawia, prowadzi do pokoju, gdzie jeszcze jakieś meble stoją, sadza, herbatę i ciasteczka proponuje.

Od czego by tu, myślę panicznie, bo w ogóle się nie przygotowałem, a Miecia mi uśmiechy anielskie sprzedaje, więc nie zacznę od awantury. Nie mając na tę chwilę nic do powiedzenia, zamaszyście ręką scenerię wskazuję, wzrokiem pytanie zadaję. Ona spuszcza głowę na chwilę, później energicznie do góry podnosi, a ja czuję, że między nami koniec, o ile w ogóle jakiś początek ustalić można. Kiwa smutno głową, pozostając w anielskim uśmiechu.

- Wyjeżdżamy – Smutno potakuję tylko, bo jej grymas niemal łzy mi wycisnął. Rozglądam się dookoła – przecież nie będę tu łkać, jak jakiś mięczak – podziwiam antyczne graty pełne sreber i porcelany, błądzę wzrokiem po różach tapicerki kanap wymyślnych i foteli, onieśmiela mnie to wszystko, bo ja ze świata prostoty tu wpuszczony zostałem, a taki zbytek tylko ze starych zdjęć znam.

- Dlaczego? – wypalam w końcu samoistnie w wielokątach parkietu wzrok utkwiwszy – Dlaczego nie przychodziłaś? Przez tyle miesięcy.

Ale w tej chwili Dolores wnosi dymiące porcelanki i ciasteczka.

- Idźcie na spacer, dzieci, słońce takie ładne dziś.

Miecia uśmiecha się i wychodzi się przebrać, matka przeprasza i wraca do pakowania, na chwilę zostaję sam z herbatą i ciastkami. Miecia pojawia się po jakimś czasie świeżutka, głowę ręcznikiem dociera. Wychodzimy na dwór, stąd do parku już tylko kilka kroków. Powoli ogarnia nas rozluźnienie, czekam na wyjaśnienia, ale każde jej słowo w żołądek parzy.

- Sprawy skomplikowały się – zaczęła, kiedy niespieszne stawialiśmy kroki po miękkim żwirze alejki. (Wszystko zalane blaskiem czerwcowego słońca, prócz miejsc gdzie obficie liśćmi obrosłe konary rzucały plamy rześkiego cienia. Park dziś wyglądał, jakby cały świat nasz pozaludzki odprawiał gigantyczne gody: obłaziliśmy tym wykwitem życia, co raz to strzepując watowate pyłki, zmazując z rąk klejące substancje, tańczące trzmiele obijały się o nas, przywołując natrętnie wspomnienie partii ekologicznej.) – Uwielbiam ten park, zwłaszcza o tej porze roku – Miecia szybko zmieniła temat. Szykowałem się na najgorsze. – Chodź, pokażę ci moje ulubione miejsce. – zamiast mówić dalej, za rękę mnie gwałtownie chwyta i ciągnie na przełaj przez kwitnące trawniki, grządki czerwonych tulipanów, światłem ćwiekowane alejki, aż stajemy przed starą, pordzewiałą studnią, przy której nieco nowsza ławka. Gęste zarośla skutecznie izolują to miejsce od reszty parku, rozsiadamy się na ławce, twarzami do słońca, żebym, jak mówi, kolorów nabrał. - Tutaj zwykle się uczę, jak jest ładna pogoda.

W rzeczy samej, ciekawe.

- Wyprowadzacie się? Dokąd? – Chwyciła mnie znowu za rękę zwróciła twarz ku słońcu.

- Daleko i na długo...

- Dokąd? – szept mój zabrzmiał trwogą, a czegóż innego spodziewać się mogłem.

- Widzisz, Papito nie jest w najlepszych stosunkach z Generalissimusem. Generalissimus uważa, że Papito jest ideologicznie chwiejny. Takie paskudne czasy nastały. Z kolei Papito uważa go za tchórza, wiesz jak to jest. Panowie się nie lubią, ich stosunki są napięte. Papito od samego początku był przeciwny wprowadzaniu stanu wojennego uważając to za klęskę komunizmu. On zresztą nigdy nie był prawdziwym komunistą, traktował to raczej jako sposób na życie. Jak większość wierchuszki partyjnej. Dzisiaj tylko nieliczni zapaleńcy, ślepi na to, co się dzieje wierzą jeszcze w ideologię Lenina. Ale mimo wszystko, dla dołów partyjnych Papito jest symbolem. Jest jedynym członkiem komitetu centralnego, który walczył w Hiszpanii.

- A walczył?

- Powiedzmy, że był tam, ale kogo to dziś obchodzi. Zresztą, nie wiem czy wiesz, ale większość tych brygadzistów, którzy powrócili, Stalin zlikwidował. Zostało ich niewielu. Papito miał dużo szczęścia: walczył razem z mamą w lewicowej partyzantce francuskiej i to ich uratowało w pewnym sensie od zagłady. Mając taki glejt mógł wrócić do kraju. Tęsknił za rodziną, ale kiedy wrócił, okazało się, że wszyscy zginęli : w ich dom uderzyła bomba. Kiedy wrócili tu, byli zupełnie sami, bez dachu nad głową (a kto go wtedy miał), pieniędzy ani pracy. Wrócili do rodziny, której już nie było. Spali w jakiś wypalonych piwnicach, żywili się ziemniakami zakupionymi za resztki biżuterii mamy. Ale kiedy mama zaszła w ciążę Papito nie miał wyjścia. Uderzył prosto do sekretarza partii i powołując się na swoją chlubną przeszłość, zażądał jakiejś posady. Z początku kręcili nosem, ale w końcu znalazł się jakiś wojskowy z ludzkimi odruchami i zatrudnił go jako skryba. I tak się zaczęło...

- Mieli dziecko?

- Zmarło w tydzień po urodzeniu. Było wcześniakiem, nic się nie dało wtedy zrobić. Można powiedzieć, że moje urodziny niecałe piętnaście lat później były cudem, bo po śmierci braciszka, rodzice postanowili, że nie będą mieć dzieci. Ale wróćmy do sedna. No właśnie: mamie bardzo się nie spodobało to, co się tu dzieje, coraz częściej przebąkiwała o chęci wyjazdu z tego smętnego kraju zastraszonych, szarych ludzi, mówiła, że zbliża jej się sześćdziesiątka i chciałaby złożyć kości w rodzinnych stronach.

- Wyjeżdżacie do Hiszpanii?

- Do Madrytu. Komuniści, nawet jak się nie lubią, Tymek, są solidarni. Muszą być solidarni tym bardziej teraz, kiedy czują się zagrożeni. Nie było więc mowy o tym, żeby Generalissimus ot tak po prostu usunął z partii krnąbrnego członka. Zaoferował mu posadę w konsulacie w Madrycie, ale musiał być bardzo zły, bo nie zrobił go nawet konsulem generalnym, tylko zwykłym konsulem. Wszyscy wiedzą, o co chodzi. Jak dobrze pójdzie, zachowa to stanowisko do emerytury, a w międzyczasie spróbujemy się urządzić na miejscu. Mama będzie się starała odzyskać utracony majątek. I tak to jest. Wszystko przed nami.

- To dlatego nie chciałaś mnie widzieć?

- Chciałam ci o tym wszystkim powiedzieć tego dnia, ale, jeśli dobrze pamiętam, ty zasnąłeś. Znowu przysunęła swoją śniadą twarz do mojej a oczy zbiegły się wokół nosa.

- I to wszystko? Po tym, co się stało, chciałaś tak po prostu wyjechać, bez pożegnania?

- Nic takiego się nie stało, Tymek, ja nadal cię bardzo lubię...

Takie tam gadanie, pomyślałem sobie, i od razu myślą wyszarpuję się od niej i biegnę przed siebie prosto, przeskakuję gęste krzaki, a silny podmuch tłumi wewnętrzny kwik pustki. Fizycznie się jednak nie ruszam, siedzę skostniały i mówię prostolinijnie, bezdźwięcznie, za wszelką cenę chcąc na niej wywołać wrażenie obojętności, choć słowa same temu przeczyć muszą.

- A więc żegnaj Mieciu, trudno mi będzie bez ciebie, ale skoro te kilka miesięcy wytrzymałem, kiedy ty byłaś tak blisko, wytrzymam lata, czekając na twój powrót z daleka. Albo zaproszenie. Nie przejmuj się mną, poradzę sobie. Nigdy cię kochać nie przestanę, Mieciu, to postanowione.

- Nie dramatyzuj, Tymek, przeczekamy najgorsze, potem może wrócę, albo ty do mnie przyjedziesz. Przyjmiesz zaproszenie do Hiszpanii?

- Od ciebie zawsze...

Uśmiechaliśmy się do siebie smutno, ale ile szczerości w jej słowach a ile chęci pozbycia się mnie było nigdy się nie dowiem. Pocałowała mnie długo, zbyt czule, w końcu pod pretekstem dalszego pakowania wstała i tak objęci w milczeniu wróciliśmy pod jej dom.

- Jutro ciężarówka zabierze nasze klamoty. Wylatujemy pojutrze. Nie odprowadzaj mnie, proszę, tak lepiej będzie.

Ostatni, pożegnalny całus i już jej nie ma.

Czas wyrzucić ją z pamięci.

Pojutrze będzie po wszystkim. Wyjedzie do innego świata, świata wolnego, dla nas zaczarowanego, niedostępnego. Tylko wybrańcy dostępują zaszczytu takich podróży. Na tym właśnie polega różnica między mną a Miecią: ona jest z innej bajki: dla mnie Zachód jest nieosiągalnym marzeniem, dla niej obojętną rzeczywistością. Myślimy inaczej, bo nasze możliwości tak bardzo są różne. Nie wierzę w jej zaproszenie. Nie wierzę. Chcę zapomnieć. Wymazać ją z pamięci. Przede wszystkim nie odprowadzać. Nie odprowadzać!

Lecz kiedy dwa dni później, gnany zwierzęcym instynktem wbiegałem do hali odlotów, moje postanowienia uznałem za bezwartościowe. Spóźniłem się. Pasażerowie do Madrytu byli ponoć już odprawieni, choć trudno tu o jakąś informację – byle komu na pytania nie odpowiadają. Pewnie! Wielki świat lotniska, drzwi do wolności nie każdemu są otwarte. Grupki zagraniczniaków z wytwornymi walizami onieśmielały swobodą bycia i bogactwem. Czuć było pieniędzmi wymienialnymi. Jakąś wyższością, lepszością emanowali, a przecież na pozór tacy sami jak my ludzie. Obok nich bardziej wyświechtani i mniej siebie pewni nasi. Smutni jacyś trochę ściskali się czule z bliskimi, pocieszeniom obietnicom nie było końca. Każdy z nich wyraźnie jakąś tam rodzinę albo znajomych za granicą miał, bo co chwila słychać było, żeby kogoś pozdrowić i ucałować, padały głośno egzotyczne nazwy miejsc dalekich, jak z baśni: Greenpoint, Ealing, Concorde i gdyby nie to, że tu w konkretnej sprawie przybiegłem, z przyjemnością stanąłbym gdzieś w kącie i wsłuchiwał się w te rozmowy, bo przecież przyglądanie się osobom, którzy za chwilę przekroczą żelazną kurtynę jest przyjemnością samą w sobie, jakby czyni cię lepszym od innych.

Biegnę na taras widokowy. Chcę znaleźć Miecię, powiedzieć jej, że zależy mi na zaproszeniu do Hiszpanii – być może ostatnim razem nie wyraziłem się dość przekonująco – że ją kocham i żyć bez niej nie mogę. W rzeczywistości przez ostatnie dwa dni nie próbowałem nawet usiąść do nauki, miotałem się między domem, a okolicą myślami będąc przy niej, a kiedy stawało się to bolesne nie do wytrzymania, obmyślałem możliwe sposoby pozbawienia się życia. Wszystkie jednak zbyt przerażające się wydawały, zbyt bujnie wyobraźnia podsyłała mi makabryczne obrazy losu, jakie moje ciało spotka, w końcu dałem sobie spokój. Pojechałem nawet do parku, w których spędziliśmy ostatnie chwile, widziałem jakąś wielką ciężarówkę z zagranicznymi numerami – ale do jej drzwi zapukać nie śmiałem. Chciałem jej to teraz powiedzieć – za późno, przyjechałem za późno.

Na płycie lotniska stało kilka samolotów, który z nich był jej? Huk silników wielki, metaliczny, jakiś iliuszyn kołował do pasa startowego. Ryk silników nagle wzmógł się, w tym wrzasku mogłem wykrzykiwać jej imię ile razy chciałem, a i tak nikt by mnie nie usłyszał. Nawet ja własnego krzyku nie słyszałem. Samolot podniósł dziób i wzniósł się, dwie czarne smugi za sobą zostawił. Po chwili był już tylko małym punkcikiem.

Wpatrywałem się jeszcze w manewrujące autobusy, czy czasem Mieci z rodziną nie dojrzę, ludzie wysiadali z nich, machali do odprowadzających na tarasie, Mieci z rodziną wśród nich jednak nie dostrzegłem. Potem startowały pozostałe samoloty unosząc wysoko ponad ziemię emigrantów i przypadkowych przyjezdnych, aż na płycie lotniska zaległa cisza. Tłum opuszczał taras widokowy, zostałem sam.

Przyjemny, czerwcowy wietrzyk muskał mi twarz.